4 sierpnia 2017

Od Eizō CD Maggie

– O rany, a ty skąd się tu wziąłeś? – zapytałem siedzącego na ceglanym murze kota.
Już od kilku minut czułem na sobie uważne spojrzenie, jednak nie potrafiłem zlokalizować jego właściciela. Wyjąłem zza pazuchy nóż na wypadek, gdyby ktoś zechciał mnie znienacka zaatakować. A nie byłoby to trudne zważywszy na to, że błądząc pomiędzy uliczkami byłem całkiem odsłonięty.
Nie spodziewałem się, że moim prześladowcą będzie ta jakże brzydka kupa futra. Wpatrywała się we mnie bystrym wzrokiem, najeżając grzbiet oraz układając się w przyczajonej pozycji. Świetnie. Dookoła pełno Zombiaków a do tego dane było mi wpaść na kota ze wścieklizną. Nigdy ich nie lubiłem, zresztą z wzajemnością. Zawsze mnie drapały, kiedy jako dzieciak próbowałem wziąć je na ręce. Nawet te najspokojniejsze. Ba, czasami rzucały się na mnie bez powodu. Trauma do końca życia.
Przestraszony cofnąłem się o kilka kroków, kiedy zwierzak na mnie prychnął. Gdyby jeszcze był mały to luzik. Ale był po prostu ogromny, nigdy nie widziałem tak grubego kota. I te długie ostre pazury. Brr...
– No już, spokojnie. Kici, kici czy coś – mówiłem, unosząc ręce do góry. Najwyraźniej mu się to nie spodobało. Nie wykonał jednak żadnego niebezpiecznego ruchu. – Pozwól, że sobie pójdę.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem dalej. Uszedłem kilkaset metrów, kiedy doszedł mnie odgłos wystrzału. Jedno rzucenie okiem przez ramię wystarczyło, abym gwałtownie skręcił w najbliższą uliczkę. Czarny kocur biegł w moją stronę w zastraszająco szybkim tempie.
Biegnąc przed siebie co kilka sekund oglądałem się do tyłu. Zwolniłem, kiedy nie dostrzegłem zwierzaka. Albo dał sobie spokój albo wcale mnie nie gonił tylko uciekał. Cokolwiek, ważne, że już go nie ma.
Nagle coś wpadło na mnie z impetem, odrzucając do tyłu. Potknąłem się, ale nie upadłem. Zamiast tego ramieniem uderzyłem w stojący obok słup. Syknąłem, łapiąc się za obolałe miejsce i przyglądając się osobie, która mnie staranowała. Czarnowłosa dziewczyna usiadła gwałtownie, krzywiąc się odrobinę.
– Jesteś cała? – zapytałem, podchodząc do niej i wyciągając pomocną dłoń. Uśmiechnąłem się łagodnie, widząc, że jest niepewna co zrobić. W końcu jednak chwyciła mnie i pewnie ustała na nogach.
– Chyba tak. – Odchrząknęła, wpatrując się w swoje buty.
– Eizō. Miło było na ciebie wpaść. – Posłałem jej kolejny przyjacielski uśmiech.
– Maggie.
– Dlaczego tak pędziłaś?
– Nieumarli – odparła machnąwszy ręką w tył. – A ty?
– Uciekałem przed... – Urwałem zażenowany, nie wiedząc czy powiedzieć prawdę czy lepiej skłamać. A co mi tam. – Kotem.
– Kotem? – powtórzyła, spoglądając na mnie z zaciekawieniem. Jedni boją się hordy Zombi, drudzy krwiożerczych kotów...
– Był naprawdę ogromny. – Rozpostarłem ramiona, pokazując jakich wielkich był rozmiarów. No.. może troszeczkę przekoloryzowałem, ale to nic. – I miał spojrzenie mordercy.
– Co tu właściwie robisz? – Dodałem, chcąc zmienić temat.

< Maggie? >

Od Ayako CD Evan'a

Wziąłem do ręki nóż, który po zabiciu siostry upuściłem na ziemie. Byłem tym wszystkim załamany i nie potrafiłem utrzymać swoich masek na miejscu. Nigdy nie byłem tak rozbity, jak teraz, ponieważ nigdy nie straciłem osoby, na której tak bardzo mi zależy. Może to i głupie, że nie obchodzi mnie czy ojciec żyje, że nie płacze po śmierci matki. Jednak taka jest prawda, tylko Mia mnie zawsze obchodziła, a teraz i ją straciłem. Zostałem sam i będę musiał znaleźć sobie nowy cel w życiu. Inny od próby ochronienia ostatniej osoby, jaką mam w sercu. Cicho westchnąłem, kiedy łza spłynęła mi po poliku i zmieszała się z krwią na ostrzu, na który ówcześnie spadła.
- O życiu? A co to za życie, kiedy własny ojciec ma cię w dupie i zostawia na pastwę losu, bo sam dostanie pełne wyżywienie i ochronę poza tym wszystkim. - powiedziałem, zdając sobie sprawę co zrobiłem. Psychicznie nie wytrzymałem tego wszystkiego. Po prostu potrzebowałem rozmowy, ale jedyna osoba, której potrafiłem się zwierzać leżała martwa. Byłem coraz bardziej zły na siebie, że to wszystko się wydarzyło. Chciałem się spytać, za ile tamten przyjdzie, ale wolałem się nie odzywać. Jeszcze zacząłbym gadać o swoim życiu, o sobie i o siostrze, a nie chciałem. Nie chciałem się z nikim dzielić swoim życiem. Tym bardziej nie z kimś, kogo ledwo co spotkałem i nawet nie wiem do końca, kim jest. Czekałem, aż on się odezwie, albo sobie pójdzie. Jednak potrzebowałem tej łopaty i lokalizacji parku.

< Evan? >

Od Conor'a CD Avy

Dziwna sytuacja. A może tak mi się tylko wydaje, dawno nie miałem kontaktu z innym, żywym, człowiekiem. Spojrzałem na dziewczynę. Po jej spokoju i wyluzowaniu domyślam się, że to jest jej normalne zachowanie.
- Emm.. Jeszcze nie wiem. Jakieś propozycje?
- To zależy - odpowiedziała po dłuższej chwili namysłu.
- Od?
- Od tego, czy chcesz zostać tutaj, czy dotrzeć gdzieś dalej.
- Okej..
- W drugiej sytuacji raczej nie pomogę -przerwała mi.
- Rozumiem. I tak już sporo mi pomogłaś, dzięki.
Odwróciła głowę w moją stronę i popatrzyła na mnie wymownie, coś w stylu "spoko nie ma za co", no ewentualnie "spoko, a teraz oddawaj wszystko co masz". W sumie, jako tako, obie wersje mi pasują. Nie trwało to długo, kilka sekund i wróciła do obserwacji nieba. Zacząłem się jej przyglądać. Wygląda zabawnie. To znaczy inaczej niż ludzie, których do tej pory poznawałem. Dziwne. Nie źle, czy coś, ale... dziwnie. Ciekawe czy ten kolor jest naturalny... Nie powinienem tyle sam do siebie gadać. Otworzyłem usta, żeby zadać pytanie, ale szybko z powrotem je zamknąłem. Nie. To będzie chamskie.
- Hm? -mruknęła dziewczyna. - Chciałeś coś powiedzieć?
Co ona taka spostrzegawcza.
- Nie.. to znaczy w sumie tak. Emm.. -zawahałem się, Ava spojrzała na mnie-.. czy ten kolor- wskazałam palcem na włosy- jest naturalny?
Wydała się być lekko zdziwiona tym pytaniem. Ja to chyba serio nie mam czym się martwić, co?
-Tak - odparła krótko i znowu jej wzrok powędrował na niebo.
- Oh.. okej - chyba teraz to ja jestem zdziwiony bardziej. - Dzięki za zaspokojenie ciekawości.
- Też mogę zadać pytanie?
- Jasne.
Już nawet domyślam się jakie będzie pytanie.
- Skąd masz te blizny? -zapytała stanowczo.
Gratulacje Conor zdobywasz 1000 punktów!
- Długa historia, może kiedyś Ci ją opowiem.
- O ile 'kiedyś' będziemy jeszcze żywi - zmieniła pozycję na siedzącą.
Nie ma to jak optymizm. Moją uwagę po raz kolejny przykuła opaska na jej ramieniu. Zauważyłem ją dopiero jak byliśmy w centrum handlowym, ale od tamtej pory raz za razem mój wzrok ląduje na niej.
- Co to za opaska? Jakiś ważny symbol, pamiątka czy co? Oczywiście jeżeli mogę wiedzieć - mówiłem sięgając po plecak.
- Hmm.. - spojrzała na swoje ramię - ..A ona. Oznacza przynależność do obozu.
- Przynależność do obozu? To jest ich tu kilka? -zacząłem grzebać się w plecaku.
- Mhm. Aktualnie 4. Znajdujemy się na terenie Kruków, do którego należę.
Ciekawe. Wyciągnąłem butelkę wody i wziąłem kilka łyków. Dopiero teraz poczułem, że w sumie od wczoraj nic nie jadłem, ani nie piłem.
- Już wiem - dziewczyna spojrzała na mnie pytająco. - Pytałaś gdzie masz mnie zabrać. Zabierz mnie do waszej siedziby.
Jej pytające spojrzenie nie zmieniło się.
- Z chęcią pogadam z waszym liderem o moim dołączeniu do obozu.


<Ava? W sumie to brak pomysłu. >

Remont dobiegł końca!

Witam z powrotem, zeszło mi dłużej niż myślałam. Linki walczyły o swoje prawa i musiałam je nawrócić do posłuszeństwa. Było trudno, ale się udało. Osobiście lubię ten szablon, nie dlatego, że jest mój, po prostu ładny i tyle. Tak, jestem skromna :'D W każdym razie mam nadzieję, że linki nie zbuntują się ponownie i wszystko będzie jak należy. 
Czas na informacje. Będę jechać po kolei, od lewej do prawej. Wygląd kart postaci został zmieniony i nie, nie zmieniałam zdjęć. Do formularza zostały dodane nowe punkty:
  • Pseudonim
  • Orientacja
  • Pozycja
  • Broń 
 Wyślę wam wiadomość na howrse abyście je uzupełnili, z potrzebnymi informacjami. Z drużyn zostały usunięci trzmiele, bo tak. Z usunięciem wiąże się zmiana terenów obozów, zrobiłam do tego odpowiednią mapkę, która znajduje się w zakładce "Tereny". Do FAQ dopisałam tylko 1 punkt. Zniknęła strona "Plany", a na jej miejsce wskoczyła "Wymiany", a dlaczego tak? Postanowiłam plany póki co zatrzymać dla siebie, promowanie bloga jest dla mnie trochę ważniejsze. Zwiększenie naszego grona przyniesie sporo korzyści ^^

Katastrofa

A teraz obiecany event. Na starcie mogę napisać, iż nie jest on przymusowy. Możecie wziąć udział lub nie, chodzi tylko o to żeby miło spędzić czas. Czym byłby blog bez konkursów i eventów? ^^ Zapraszam do zapoznania się z tematyką oraz regulaminem.
W pobliżu twojego obozu miała miejsce katastrofa lotnicza samolotu pasażerskiego. Dowiadujesz się o tym przez przypadek od grupki żołnierzy rozmawiających ze sobą. Zaintrygował cię ten wypadek i postanawiasz wyruszyć na miejsce zdarzenia. Co tam znajdujesz? Hordę Zombie czyhającą na ciebie? Przydatne rzeczy z bagaży zmarłych? A może ocalałych? Pomysł na zakończenie pozostawiam waszej wyobraźni, napiszcie jak najlepiej i najciekawiej, i najważniejsze: dobrze się bawcie.

Regulamin eventu:


  • Opowiadanie jest indywidualne. Nie możecie go wpleść w aktualne posty.
  • Musi mieć więcej lub równo 500 słów.
  • Nie róbcie z postaci Boga... Samemu nikt nie da rady zabić stu Zombie.
  • Znaleziska pochodzą od normalnych ludzi, nie znajdziecie tam broni. Najwyżej wałek do ciasta.
  • Gdy wysyłacie opowiadanie zatytułujcie je "Od ... 'Katastrofa'", w miejsce kropek oczywiście imię postaci.
  • Event trwa 10 dni
  • Udział może wziąć każdy
  • Za napisanie otrzymujecie pochwałę, która ląduje do karty waszej postaci.
  • Możecie napisać max trzy opowiadania, ale pochwałę dostajecie tylko jedną.
  • Bawcie się dobrze :) 
Jakiekolwiek pytania odnośnie eventu możecie zadać mi na poczcie lub czacie.

3 sierpnia 2017

Od Avy CD Conor'a



Na środku drogi położyłam radio, po czym szybko wyszłam na dach. Pułapki zostały rozstawione. Włączyłam przyciskiem radio i czekałam aż się zbiegną, nie musiałam długo czekać. Kilka hord się zbiegło naliczyłam tak około setki. Sporo. Ustawiłam, włożyłam wybuchające pociski, wycelowałam i strzeliłam w parę głów. Schowałam się, wybuchy były potężne. Gdy ponownie spojrzałam przez celownik wszędzie krew i skrawki ciał. Spojrzałam dalej pusto. To idziemy dalej, czyli teraz jest już 3489 zabitych. Spakowałam do torby snajperkę rozłożyłam ją na części. Założyłam plecak i zeszłam po schodach pożarowych na dół. Poszłam do supermarketu. Wzięłam wrzuciłam do torby, butelki wody, alkoholu, papierowy żywność. Za tyłach miałam samochód opancerzony wszystko do niego wrzuciłam.
- Może tyle starczy. - wsiadłam do samochodu i ruszyłam droga była pusta. Zatrzymała się między budynkami. Weszłam po schodach przeciwpożarowych na dach. spojrzałam czy są jakieś nie było. Usłyszałam odgłos podeszłam zombie i jakiś chłopak ucieka. Nie przeskoczysz za mały rozbieg. W ostatniej chwili go złapałam i wyciągnęłam na dach.
Chłopak zrobił niezłego hałasu.
- Narobiłeś strasznie dużo hałasu... - podeszłam do krawędzi i rozejrzałam się.
-Ale przynajmniej już sobie odpuścili.
- Ta... Dzięki za pomoc. - powiedział, próbował się uspokoić. Biedny.
- Gdybyś się bardziej rozpędził to byś przeskoczył. - powiedziałam i podałam mu rękę. Spojrzał na mnie to na moją rękę, ujął ja po dłuższej chwili namysłu i się podniósł. Spojrzałam na niego musiałam podnieść głowę był stanowczo za wysoki. Podeszłam do krawędzi nie było niczego na drodze, to w takim razie można zejść. Pokazałam mu ręką, że ma iść za mną i być cicho o ile tak umie. Gdy już mieliśmy iść do samochodu zagrodził nam drogę zombie. Stanęłam przed chłopakiem, wzięłam pistolet z tłumikiem i strzeliłam w głowę. Trafiony zatopiony. Podeszłam do trupa, przekręciłam go i wyjęłam portfel.
- Joe Martin, nauczyciel, dwójka dzieci i żona. Źle trafiłeś Joe, nie byłeś przygotowany. Teraz jesteś w lepszym świecie. - wstałam i spojrzałam na chłopaka. - Idziesz czy będziesz tak stać? - Ruszył się, podeszłam do samochodu, wgramolił się na przednie siedzenie. Pojechałam w kilka miejsc coś załatwić.

Oczywiście sklep z bronią, elektronika, supermarkety, centrum handlowe.
- Ava, a ty.
- Conor.
- Dobra, jeśli chcesz możesz zostać w samochodzie, ja muszę iść do centrum handlowego. To zostaniesz tak? - spytałam, parkując za centrum handlowym.
- Idę z tobą. - oczekiwałam tego, to dobrze nie boi się. Wyszłam wzięłam drut oraz cienkie linki i rozprowadziłam je tak, aby zombie nie przeszły a, jak już to linki je przetną. Weszłam od tylu do centrum, przeszła kawałek i sprawdziłam, czy ktoś jest. Spojrzałam po sklepach, są puste. Podeszłam po wózek. Wchodząc do sklepów brałam ubrania, małe ubrań, czasem się trafił zombie.
- Pamiętaj, miej tłumik, a jak chcesz zabić ich nożem to zrób to.
***
Siedziałam na masce samochodu przy rzece. W centrum handlowym było sporo zombie, ale jak się jest cicho to oni was nie widza. Nawet jak zobaczą to po cichu da się ich zabić. Conor dalej był ze mną, ciekawe gdzie trzeba go zabrać, albo porzucić. Spojrzałam w niebo. Przejrzyste, niczym nie jest zbrukane. Nie to, co kraje.
- Conor. - wypaliłam
- No.
- Gdzie chcesz jechać? Gdzie mam cię zabrać? Jakieś konkretne miejsce? - leciało pytanie za pytaniem.
Spojrzałam na niego, ma jakieś 190 cm wzrostu. Mega wysoki. Mięśnie, blizny na dłoniach. Złapałam go za dłoń, czułam na sobie jego spojrzenie. Przejechałam kciukiem po jego bliźnie, raz za razem. Ciekawe co mu się stało. Patrzyłam na jego dłonie i nie dałam mu ich wyrwać. Dopiero po chwili przysunęłam go musiał się schylić, a ja go przytuliłam. Szepcząc — Musiało cię spotkać wiele smutnych wydarzeń, przykro mi. - jeszcze chwile go przytulałam, ale po chwili puściłam. Ponownie się położyłam.


< Conor? Conor co dalej, gdzie chcesz się wybrać? >

2 sierpnia 2017

Od Conor'a



Czuję jak moją twarz owiewa rześkie powietrze. Otwieram oczy. Nad sobą widzę błękitne niebo, miejscami tylko płyną ospale białe delikatne chmury. Siadam. Czuję pod sobą niesamowicie miękką i gęstą trawę. Wstaję. Spoglądam przed siebie. Widzę przed sobą rzekę. Poznaję to wszystko. Gdybym przeszedł na drugi brzeg rzeki i powędrował jeszcze trochę dalej doszedłbym do rodzinnego domu. Alaska latem staje się zupełnie nie do poznania. Odwracam się. Widzę długą ulicę, wzdłuż której znajdują się domu. Krawężniki, drzewa, chodniki, skrzynki na listy, każdy budynek wygląda prawie identycznie. To miejsce też poznaję. To tutaj przeprowadziliśmy się po śmierci ojca. Czuje dziwny ucisk w klatce piersiowej. Odwracam się. Widzę kogoś, stoi kilka metrów ode mnie. Nie wiem kto to. Nie, wiem, znam ten uśmiech. Zaczynam biec w jego stronę. Szybciej. Szybciej. Szybciej. Tym razem zdążę. Huk wystrzału. Otwieram oczy i zrywam się. Znowu ten sen. "Sen". Chowam twarz w dłoniach. Po chwili odrywam jedną i zaczynam szukać po omacku telefonu. Trafiam na znajomy kształt, podnoszę, odblokowuje. Ostre światło przez moment nie pozwala dostrzec niczego po za, w ułamkach sekundy jednak oczy przyzwyczajają się to nagłego spotkania ze światłem. Zegar wskazywał 4:38. Odłożyłem telefon na bok, usiadłem na skraju łóżka i przeciągnąłem się.
- No, czas się zbierać -powiedziałem do siebie ziewając.
Popatrzyłem na ciemny pokój, w którym byłem po czym położyłem się na plecach.
- Jeszcze 10 minut nie zaszkodzi - mówiąc zakryłem oczy ręka.
Jednak nie ma już mowy o śnie, nawet gdybym chciał to i tak wiem, że nie zasnę już. Ale poleniuchować można. Rozłożyłem ręce na boki i zacząłem wpatrywać się w sufit. Odwróciłem głowę w stronę okien. Kiedyś to na pewno były okna, jednak dzisiaj to zabite deskami dziury w ścianie, nic więcej. Ktoś przede mną nie najgorzej zajął się tym miejscem. Sięgnąłem znowu po komórkę, 4:59.
- Miało być 10 minut... - mruknąłem do siebie.
Wstałem i przeciągając się zacząłem rozglądać się za swoimi ubraniami. Okej... spodnie mamy tu.. a bluzka... Gdzie ja ją.. O, jest. Nałożyłem na siebie obie rzeczy. Następnie zacząłem zbierać swoje rzeczy. Telefon, słuchawki, zapalniczka... puste butelki zostają... Nóż, latarka, koc. To chyba wszystko. Wszystko. Nie było czasu, żeby wyjąć więcej rzeczy. Schowałem wszystko do plecaka, po czym usiadłem na łóżku. Przyciągnąłem do siebie plecak i wyjąłem z niego rewolwer. Otworzyłem bębenek i uzupełniłem naboje, po czym schowałem go. Wyjąłem drugą broń i wysunąłem z niej magazynek. Nucąc sobie uzupełniłem magazynek, po czym wsunąłem go z powrotem do broni. Powtórzyłem tę czynność z dwoma zapasowymi magazynkami. W końcu schowałem wszystko. Przezorny zawsze ubezpieczony. Schyliłem się, by nałożyć buty. Sznurując je zauważyłem na podłodze jasne punkty. Spojrzałem przed siebie. Z pomiędzy desek przebijały się jeszcze leniwe promienie słońca. Bez kitu, aż tyle mi to zajęło? Zadawanie sobie tak głupich pytań to chyba nie najlepszy pomysł. Zarzuciłem plecak na ramiona. Rzuciłem jeszcze raz wzrokiem na pokój, nie chciałbym czegoś zostawić by później musieć tutaj wracać. No już, niczego nie zostawiłeś durniu. Ruszyłem w stronę drzwi. Ustawianie barykady to jedno, ale zdejmowanie jej... to koszmar. Z, o dziwo dużym, wysiłkiem przesunąłem dwie szafy, z których zrobiłem bardzo prowizoryczną barykadę na szybko kilka godzin temu. Jak ja dałem radę, tak szybko je ustawić wcześniej do cholery?! Wziąłem kilka szybkich wdechów, delikatnie nacisnąłem na klamkę i zacząłem powoli otwierać drzwi. Wysunąłem głowę, wydaje się czysto. Powoli zszedłem schodami na dół. Przebywanie w nie całkiem sprawdzonym domu, to kolejny z nie najlepszych pomysłów na jakie ostatnio wpadam. Najciszej jak umiałem sprawdziłem dół. Czysto. Mogę teraz zając się przeszukaniem. Nie liczę na to, że będzie tu coś potrzebnego lub w ogóle nadającego się użytku, jednak nie zaszkodzi spróbować. Nic, nic, nic... tutaj też nic. Tak jak myślałem. Kompletne nic. Dobrze, że chociaż pokój nadawał się do przenocowania. Westchnąłem. Wygrzebałem z plecaka telefon i słuchawki. Odruchowo sprawdziłem godzinę, 8:41. Podłączyłem słuchawki, jednak bez większej ochoty na muzykę, schowałem telefon do kieszeni, a słuchawki przewiesiłem za karkiem. Wyszedłem z budynku. Rozejrzałem się. Minęło już 5 lat, a ja w sumie nadal nie mogę przyzwyczaić się do tego widoku, który do niedawna wszyscy znaliśmy jedynie z filmów czy gier. Zniszczone, opuszczone, porzucone, żyjące własnym życiem. Straszne. Spojrzałem na niebo. Słońce jest już całkiem wysoko. Północ jeeest.. tam. I tam idę. Na północ. No powiedzmy, że na północ, po prostu główną drogą, 395, do Hermiston, następnie Charlestown i Power City, i odbijamy na drogę numer 82, a później to już prawie prosta droga na północ i jesteśmy w innym stanie. Plan na dziś wydaje się dosyć prosty do zrealizowania i ciekawe, czy rzeczywiście taki będzie. Idę. Mijam szkoły, miejsca z żarciem, w końcu lotnisko. Wskakuję ja deskę, tak będzie trochę szybciej. Kolejne domy, centrum handlowe, więcej domów, sklepy. Tutaj odbijamy w lewo i zaraz będzie droga nr 82. W końcu dojechałem/doszedłem do rzeki. Póki co bez większych komplikacji. Zatrzymałem się i wyciągnąłem telefon. Godzina- 13:02. Nie najgorzej. Zszedłem z drogi i skierowałem się na brzeg rzeki. Woda wydaje się okej. W okolicy brak żywej duszy, co do obecności zombie to pewności nie mam, jednak po drodze na żadnego się nie natknąłem.
- A może by tak.. - mruknąłem.
W sumie to nie pamiętam kiedy ostatnio brałem kąpiel, wiem fu. Ale takie są realia obecnych czasów. Zrzuciłem plecak i wyjąłem z niego jedną z broni, po czym położyłem ja na ziemi, tak by łatwo było po nią sięgnąć w razie potrzeby. Rozebrałem się do naga i wszedłem do wody. Trochę zimna.. ale cholernie przyjemna. Popływałem trochę, króciutki trening kardio w końcu nie zaszkodzi. Wyszedłem z wody i położyłem się na brzegu. Nie spieszy mi się, a zakładanie ubrań gdy jest się mokrym nie jest ok. Wygrzewanie się na słońcu, to jest to czego było mi trzeba. Gdy tylko wyschłem ubrałem się i ruszyłem w dalszą drogę. Przede mną jeszcze spora droga. Po przekroczeniu mostu (i jednocześnie granicy między stanami) skierowałem się na Kennewick. Większość drogi pokonałem desce, dzięki czemu dotarłem do celu o jakieś 2-2,5h wcześniej, niż gdybym szedł na piechotę. Przyczepiłem deskę z powrotem do plecaka. Nie jest najbezpieczniejszą opcją przemieszczania się po mieście. Idąc rozglądałem się uważnie za jakimkolwiek ruchem. Wolałbym nic nie zauważyć, bo wtedy musiałbym to sprawdzić. A na walkę to ja ochoty nie mam. Idę mało pewnie przed siebie. Jestem tu pierwszy raz i w zasadzie nie mam pojęcia czego mogę się spodziewać. Może coś zmutowało. A może jest tu czysto. Kto wie, na pewno nie ja, bo nie było jak tego sprawdzić. Kątem oka dostrzegłem ruch.
Ch*lera. Podszedłem bliżej w tamtym kierunku. Sięgnąłem do plecaka i po omacku wyciągnąłem z środka broń. Strasznie nie chce jej używać, jeżeli to jest to o czym myślę, to jeden wystrzał i ściągnie się cholerstwo z połowy miasta. Idąc uważałem na każdy postawiony krok. Wychyliłem się lekko, by zobaczyć co jest za budynkiem. Serce zaczęło mi szybciej bić. Nie był to jeden, czy pięć, było ich tam około 15. Zielone cholery ze zwisającymi językami. Jak mnie usłyszą lub zobaczą to po mnie, a trudno będzie je wyminąć. Wycofałem się. Jeżeli tam ich tyle było, to pewnie reszta miasta nie jest kompletnie pusta. Zacząłem iść wolniej i ciszej z nadzieją, że jednak mnie nie dostrzegą. Ze stresu wstrzymałem oddech. Na nic. Zerknąłem za siebie i zobaczyłem hordę biegnącą w moją stronę. Jestem w dupie. Zerwałem się do biegu. Prawo. Lewo. Przed siebie. Spojrzałem do tyłu, nadal biegną. Spojrzałem szybko na broń. Chyba nie mam wyjścia. Zatrzymuje się, biorę kilka wdechów i zaczynam celować. Głowa. Strzał. Głowa. Strzał. Cofam się trochę do tyłu. Głowa. Strzał. Jest ich za dużo. Znowu zaczynam biec. Wbiegam do budynku. Wątpię, że je zgubie, ale spróbować można. Po schodach na górę. Przebijam się na dach. Słyszę, że nadal siedzą mi na ogonie. Podszedłem do krawędzi dachu, dosyć wysoko, ale jednocześnie wcale nie tak daleko do dachu innego budynku. Kilka kroków w tył, rozbieg, odbicie i... jestem na drugim dachu. Nigdy czegoś takiego nie robiłem, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Odwracam się. Te cholery wbiegły już na tamten dach i dostrzegły mnie. Radość z "ucieczki" szybko mi przeszła. Obszedłem dach szukając miejsca do następnego skoku. Jest. Rozbieg, skok. Znowu się udało. Teraz następny dach i następny. Zatrzymałem się. Musze złapać oddech, to nie zmęczenie, to strach. Rozejrzałem się. Został jeden 'dostępny' dach. Problem jest tylko znacznie większa odległość w jakiej się znajdował niż pozostałe. Większego wyboru nie mam. Podszedłem do przeciwległej krawędzi i spojrzałem w dół, kilka z goniących mnie zombie nadal za mną podążą. Strzeliłem karkiem.
- Jedziemy z tym... - powiedziałem do siebie.
Wdech, rozbieg, odbicie, skok i... Nie, nie, nie, nie Zacząłem panicznie przebierać rękoma byle by się czegoś złapać, by się zsunąć się. Nagle poczułem jak coś ściska mnie za rękę. Spojrzałem do góry. Ktoś był przede mną. Człowiek. Słońce świecące tuż za jego głową uniemożliwiło mi dojrzenie jego twarzy. 'Ktoś' pomógł mi wciągnąć się na dach.
- Narobiłeś strasznie dużo hałasu... - osoba podeszła do krawędzi i rozejrzała się. - Ale przynajmniej już sobie odpuścili.
Usiadłem upierając ręce o kolana, próbowałem uspokoić oddech.
- Ta... Dzięki za pomoc.


<Ktoś?>

Drużyna Kruków | Conor Ledecky

"Pewna jest śmierć. Nie jej czas."


Conor Ledecky | 22 lata | Mężczyzna | Kruki | emi507

Od Eizō CD Evan'a

– O ile można to nazwać domem – odpowiedziałem, wykrzywiając twarz w grymasie. – Ale nie. Może. Właściwie to nie wiem.
– Zdecyduj się. – Chłopak przewrócił oczami.
Nadal trzymał mokre ubrania w ręce, więc mój wzrok mimowolnie powędrował na odkryte partie ciała, które, krótko mówiąc, bardzo mi się spodobały. Z uwagą śledziłem kropelki wody, które skapywały z końcówek ciemnych włosów, aby następnie przenieść się na wyrzeźbione mięśnie i sunąć po nich w dół. Zdawałem sobie sprawę, że zapewne głupio wyglądałem, gapiąc się niczym ciele na malowane wrota, jednakże było mi trudno się powstrzymać. Nieczęsto miałem okazję na podziwianie takiego... przyjemnego widoku.
– To jak? – zapytał ponownie.
– Hmm? – Podniosłem wzrok na jego twarz, nie bardzo wiedząc o co chodzi. Jego naga klatka piersiowa skutecznie mnie rozpraszała. Znowu poczułem jak oblewam się rumieńcem, kiedy spojrzał na mnie z politowaniem.
– Co zamierzasz teraz zrobić?
– Po pierwsze zdjąć ten okropny sweterek – odparłem, ściągając z siebie mokrą fioletową szmatę. Było mi zimno, ale wolałem nie ryzykować, nosząc na sobie wilgotne ubrania. Nie uśmiechało mi się nagle zachorować, choć znając moje szczęście pewnie zaraz dopadnie mnie porządne przeziębienie, jeśli nie gorączka. – Po drodze mijaliśmy sklep z odzieżą, przydałoby się znaleźć coś cieplejszego. Bez mapy pewnie za bardzo się tutaj nie orientujesz?
– Nie bardzo.
– Ale wiesz skąd przyszliśmy? – zapytałem, rozglądając się na boki. Nie miałem zielonego pojęcia gdzie jesteśmy, zawsze byłem kiepski, jeśli chodzi o orientację w terenie.
– Tak, musimy tylko okrążyć rzekę – Ręką zatoczył łuk, wskazując drogę wiodącą na wschód. – Miejmy nadzieję, że zombie jest mniej na obrzeżach miasta.
Zadowolony wstałem z ziemi i wziąłem się za rozpinanie plecaka. Ze wszystkich znajdujących się w jego wnętrzu rzeczy, tylko notatnik nadawał się do wyrzucenia, reszta ocalała bez problemu. No, może prócz mokrej koszulki, ale ją akurat wolałem sobie zostawić. Dorwałem pierwszą lepszą paczkę żelek, akurat kiedy głośno zaburczało mi w brzuchu. Szybko rozerwałem opakowanie i wrzuciłem sobie do buzi kilka kolorowych misi.
– Głodny? – Wyciągnąłem rękę ze słodyczami w jego stronę, szczerząc się szeroko. – Mam też lizaczki jakbyś chciał chciał.

 
< Evan? >

Obserwatorzy