6 września 2017

Od Conor'a CD Avy

Całe moje ciało przeszył dreszcz. Zbyt blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Ale coś tak czuję, że trzeba będzie się do tego przyzwyczaić, bo ta dziewczyna ewidentnie robi to co chce. I nie ma, że 'nie', wszystko po swojemu. Zastygłem w bezruchu, po krótkiej chwili Ava wypuściła mnie z objęć i odsunęła się troszkę. Podałem jej opaskę.
- Nie ma co się wstydzić czy denerwować. W końcu każdy jest 'dziwny', a raczej oryginalny, na swój sposób -prawy kącik moich ust powędrował leciutko do góry.
Dziewczyna patrząc na mnie nałożyła opaskę, po czym westchnęła.
- Może... - powiedziała cicho.
Przyłożyłem gwint butelki do ust. Chyba trzeba jakoś rozluźnić atmosferę... Przechyliłem ją, wypijając ostatni łyk i odstawiłem na podłogę.
- Wracają do pytania - dziewczyna spojrzała na mnie pytającym wzrokiem - pewnie wróciłbym na Alaskę.
Jej wzrok momentalnie zmienił się, jakby cieszyła się ze zmiany tematu, jednak z drugiej strony wydawał się on jednocześnie taki trochę zmęczony.
- Tylko tyle? - oparła się o ścianę za nami.
- Mhmm. No ewentualnie bym już nie żył - zaśmiałem się.
- Wątpię - odchyliła głowę do tyłu.
- A ja nie. Uwierz mi, nie każdy jest taki jak ty - również oparłem się plecami o ścianę.
- Słucham? Co to miało niby znaczyć? - posłała mi piorunujące spojrzenie.
No i się zaczyna...
- No, przede wszystkim to nic obraźliwego.
- Ale jaka jestem? - naciskała.
- No.. na przykład te pułapki. Nie każdy by zrobił coś takiego. Albo to, że pomogłaś mi wtedy na dachu.
- Mhm - ziewnęła.
- Może się prześpij? W końcu chyba masz za sobą nie przespaną noc.


<Ava? Tak trochę brak pomysłu >

3 września 2017

Od Evan'a CD Ayako

- Jeśli masz coś do roboty, to nie musisz mi dotrzymywać towarzystwa. – powiedział łagodnie chłopak.
Przyglądałem mu się przez chwilę, po czym podszedłem do murka i usiadłem, opierając się o niego.
- Lepiej trzymać się we dwójkę niżeli być samemu. Z resztą na pewno jesteś zmęczony, zaprowadzę cię do mojej kryjówki, jeśli będziesz chciał. – odparłem gestykulując dłońmi. Nie usłyszałem wyraźnej odpowiedzi, ale wydaje mi się, że powiedział „tak”. Podkurczyłem nogi i położyłem na kolana ręce.
***
Ayako wykopał wystarczająco głęboki dół, dość sporo czasu upłynęło. Delikatnie uniósł dziewczynę i równie delikatnie włożył ją do „grobu”. Przykucnięty chwilę nań patrzył, po czym ponownie chwycił za łopatę i zaczął wrzucać ziemię z powrotem, tam gdzie była. Wyciągnąłem telefon i włączyłem ekran. 15% baterii… Wyłączyłem go i schowałem do plecaka. Spojrzałem w górę, na korony drzew. Spostrzegłem małą śnieżynkę powoli spadającą w dół. Wyciągnąłem po nią dłoń, lecz ta od razu po spotkaniu mojej skóry rozpuściła się. Po takiej kruszynce nawet woda nie została. Zacisnąłem dłoń w pięść, po czym ją otworzyłem. Spojrzałem w stronę chłopaka. Siedział przed górką ziemi. Wstałem więc i podszedłem do niego. Stanąłem po jego lewej stronie. Zerknąłem kątem oka na niego. Był cały spocony i wykończony. Zaniesienie bagaży i dziewczyny, a potem wykopanie samemu głębokiego dołu nie służy jego możliwością fizycznym. Postanowiłem dać mu jeszcze chwilę na odsapnięcie i pożegnanie z siostrą, w sumie to tego drugiego wcale nie musi wykonać, jeżeli będzie pamiętać o tym miejscu i przychodzić tu od czasu do czasu.
- To jak, zgadzasz się na moją ofertę? Nie musisz zostawać, możesz zostać tylko na dzisiejszą noc. Robi się późno, a jednak bezpieczny nocleg w tych czasach jest bardzo potrzebny. – zaproponowałem. Chłopak długo nie odpowiadał, więc schyliłem się aby ujrzeć jego twarz. Zasnął. Czyżbym był taki nudny? Uśmiechnąłem się lekko z własnego żartu. Nie chciałem go budzić, dużo przeżył. Niech śpi. Z lekkim trudem udało mi się położyć go sobie na plecy i zanieść do siedziby.


<Ayako? Sory, że tak późno, ale miałam trochę na głowie ^^’>

Upomnienia

Dałam wam dodatkowe 2 dni, a nawet dłużej, bo nie miałam czasu napisać tego posta. Przykro mi, ale muszę wpisać wam po upomnieniu, Gabriell i Oliver. Macie od teraz 10 dni na napisanie opowiadania.

Pożegnanie

Kolejna osóbka nas opuszcza, również z powodu braku czasu. Wierzę, że powróci do nas najszybciej jak tylko będzie mogła ^^ Adios, amigo~


2 września 2017

Od Ethan'a CD Conor'a

Białowłosy podniósłszy twarz nieco do góry posłał Conor'owi zaczepny uśmieszek. - Plamisz mi ciuchy, kochanieńki. - Zarecytował mu wdzięcznie prosto w twarz. Skonsternowany młodszy spojrzał w dół na swoje dłonie, które w gruncie rzeczy miały jeszcze spory kawałek do szarej koszuli Ethana. Zanim zdążył się zreflektować nad tym, iż został perfidnie oszukany starszy zrzucił go ze swoich nóg na ziemię. - Johnson. - Mruknął, samemu stając na równe nogi. - Ethan Johnson, radzę zapamiętać. - Poprawił zwinięte rękawy koszuli, kątem oka przypatrując się ciemnowłosemu. Następnie zaczął grzebać w swoim plecaku. - A tak z innej beczki, urzekł mnie twój głos. Poproś mnie o coś w ten sposób a na pewno to dostaniesz. - Zaśmiał się delikatnie, rzucając na brzuch leżącego chłopaka parę skórzanych rękawiczek.
- A to co, wyzwanie na pojedynek? - Conor zmarszczył brwi, biorąc rękawice w dłonie.
- Chętnie, ale nie póki jesteś nie w formie. - Białowłosy przerzucił ramiączko plecaka przez ramię. - Załóż, opatrunku szybko tu nie dostaniesz. - Przyglądając się jak Conor przymierza rękawiczki Ethan rozpoczął swój monolog. - Kiedy cię zobaczyłem po bliznach sądziłem że jest z ciebie jakiś wytrawny wojownik, więc cię zatrzymałem. - Spojrzał wymownie na bruneta, który dopiero co wstał. - Chyba nie do końca. - Zaśmiał się, analizując minę wyższego. Bynajmniej nie było mu do śmiechu. Ethan odchrząknął, powracając do swojego zwyczajnego, chłodnawego wyrazu. - Wybacz.
- Nie miałeś mnie przypadkiem oprowadzić? - Upomniał się Conor, poprawiając rękawiczki które widocznie były na niego nieco przymałe.
- No, dobra. Zaczynamy jakże ekscytującą wyprawę po pobojowisku. - Obaj zeszli z dachu, powracając na główną drogę. Przeszli kawałek pomiędzy niskimi, starymi domkami kiedy Conor nagle stanął jak wryty.
- Zgubiłem deskę. - Oznajmił, nerwowo rozglądając się na boki i obmacując swój plecak.
- Po co ci deska? Prędzej zabijesz się na tej kupie gruzu, niż będziesz miał z niej pożytek. - Białowłosy niewzruszony ruszył dalej, jednak Conor ani drgnął.
- Muszę ją znaleźć. - Oznajmił, samodzielnie wpadając w labirynt domów i domków.

<Conor? Nie zgub się tylko xD>

1 września 2017

Od Avy "Dworzec początku"

To było zbyt proste aby o tym tak myśleć. Uwięzieni na tej samej stacji kolejowej. Wszyscy razem, jesteśmy zdani na siebie nawzajem. Na zewnątrz niezliczone masy zombie i to różnego rodzaju, mamy zbyt mało amunicji na nich. Nikt nie może zginąć, wszyscy muszą przeżyć. Gdyby tak pomyśleć, to kilka osób mogłaby ich odciągnąć, a reszta uciec. To zbyt ryzykowne. Gdy tak się myśli o tym, przecież można przejść tunelami. Jakoś się wydostać albo kanałami. Może warto, gdyby kilka osób poszło zbadać teren.
- Możecie się zamknąć. Przy takim hałasie tylko ich tu zwabicie. Może myślcie jak się stąd wydostać, nie zabijając siebie nawzajem. Gdy wy będziecie się opamiętywać i myśleć ja spróbuję coś zrobić. - wszyscy spojrzeli się na mnie i się zamknęli. Poszłam w jakimś kierunku żeby zobaczyć czy jest tu jakieś wyjście. Drzwi zablokowane, słychać zombie. Tedy odpada, tutaj przydaliby się ludzie z jakąś bronią. Może inne wyjście.
- Wiem już, to może się udać. Choć w sumie może zombie złapią przynętę, ale nie wiem jak z resztą. Może gdyby niektórzy byli przynęta. Zapędziliby ich w kozi rób i uciekli, zamykając ich tam może byśmy mogli wyjść. - myślałam głośno, dopóki się nie odwróciłam, napotkałam na swojej drodze lidera, każdej z grup.
- O czym tak intensywnie myślisz? Jestem Joseph. - spytał, lider tarantul. 
- Próbuje wymyślić plan jakby tu was wszystkich żywych wyciągnąć. Możliwe, że mam pomysł, ale potrzebuję chętnych na ten plan. - powiedziałam do całej czwórki.
- Jakiż to plan. - powiedział Ethan, lider Wilków.
- Opowiedz szczegółowo o nim. Jestem Ayako. - powiedział lider Żmij.
- Dobrze. To już mówię. Myślałam nad takim planem aby kilka osób takich w miarę szybkich, było przynęta. Aby wymieszać się w zombie muszą pachnieć jak oni, więc przydadzą się zombie. Są tutaj. - pokazała im drzwi. - możemy zabić kilku i wysmarować się ich krwią. Następnie jakimś przejściem tam do nich dołączyć i ich udawać. Uciec kawałek, aby przygotować miejsce, gdzie moglibyśmy ich zmieścić i zamknąć. Gdy się je przygotuję, zwabić ich hałasem, w tamto miejsce. Gdy już wszystkie wejdą, trzeba będzie ich zamknąć w miarę szybko. Wtedy reszta będzie mogła wyjść. Jest haczyk. Z zombie musi być ktoś chętny, żeby ich tam utrzymać np. jakieś zwłoki dać, aby się ruszyły czy jakiś mechanizm. Gdy to się zrobi. Gdy będą już zamknięci. Dwie osoby muszą tam zostać, aby pilnować. Reszta uwolni innych. Gdy wszyscy będą wolni. Wtedy będziemy musieli wziąć broń i wszystkie zombie pozabijać. Oczywiście są też różne sposoby, aby umrzeć. Im dłużej tu siedzimy, tym mniej mamy wody i jedzenia. Potrzebujemy siły, aby się to udało. Chyba że ktoś z was ma lepszy pomysł. - powiedziałam wszystko i się na nich patrzyłam.
- Sama to wszystko wymyśliłaś? - powiedział Ayako.
- Tak, wszystko sama. Bo wy woleliście się kłócić. Ktoś musi was uratować. - powiedziałam.
- Plan jest przemyślany, ale jest kilka w nim błędów. - powiedział Ethan.
- Powiedziałam swój pomysł, a wy macie jakiś czy nie. Jeśli nie ruszcie palcem sama go zrobię. - powiedziałam zła.
- Ej ej, Ava spokojnie. Ethan wyraził swoją opinię. Choć do reszty opowiesz im też i razem to jakoś wykombinujemy, w porządku? - powiedział Evan.
- Dobrze. - powiedziałam, zerknąć na lidera tarantul.
- Mógłby się udać, trochę go dopracujemy i można się brać do dzieła. - powiedział Joseph.
Poszłam razem z nimi do reszty, aby opowiedzieć mój plan.

 
Joseph? Evan? Ayako? Ethan? Może ktoś inny chce się dołączyć?

Od Conor'a CD Ethan'a

Serce podskoczyło mi aż do gardła. Nie mam lęku wysokości, jednak zwisanie na desce, która przed chwilą pękła w połowie pod moim ciężarem, nie wróży dobrze. Zacząłem nerwowo łapać się kawałka drewna, byle by mieć pewny chwyt, żeby wyratować się z zaistniałej sytuacji. Jednak na nic mój wysiłek, deska jest zbyt wąska, a ja zbyt duży i ciężki. Zerknąłem przez ramię w dół. Chuj, najwyżej złamię se nogi. Skierowałem wzrok znowu przed siebie. I oto on. Mój rycerz na jebanym białym koniu, czytaj białowłosy chłopak, za którym muszę biegać, żeby dowiedzieć się jak ma na imię. W sumie w innych okolicznościach, mógłby być z tego niezły materiał na film romantyczny, ale co ja się tam na tym znam. Chłopak złapał mnie za ręce i wręcz dosłownie wciągnął na dach. Odetchnąłem z ulgą, znowu złapałem się na wstrzymywaniu oddechu.
- Dzięki - mruknąłem cicho pod nosem.
Jakim cudem wytrzymało jego, a mnie nie? Jesteśmy prawie podobnej postury. Teraz to jednak jest najmniej istotne. Spojrzałem na jegomościa, obserwował mnie. Jest czujny, tym gorzej dla mnie. Wyprostowałem się, ku mojemu zdziwieniu towarzyszył temu cichutki 'trzask' rozciąganych kości. Uniosłem lekko kąciki ust, gdy dostrzegłem minimalne drgnięcie białowłosego. Może teraz odwrócimy strony i to ja go zaskoczę? Momentalnie zerwałem się w stronę chłopaka. W końcu wyraźnie poczułem jak napinają mi się mięśnie na prawie całym ciele. Przyjął on jakąś tam postawę obronną, jednak udało mi się jakoś go położyć. W powietrze wzbił się tuman kurzu i drobnego piasku. Usiadłem na nim, blokując mu ruchy nogami, dłońmi zaś jako tako unieruchomiłem jego ręce. Nastała taka cisza, że było słychać świst wydychanego przeze mnie powietrza. Ciężki oddech po czymś takim, no zdecydowanie trzeba wrócić do mocniejszych ćwiczeń.
- Coś słabo z formą chyba - mruknął chłopak.
W odpowiedzi jedynie uśmiechnąłem się. Poczułem, że próbuje on wykorzystać moje chwilowe rozkojarzenie ruszając dłońmi by się uwolnić. Zacieśniłem uścisk. Dopiero teraz zauważyłem też, że rozciąłem dłonie na tamtej feralnej desce i moja krew zaczęła powolutku ściekać na dłonie chłopaka.
- No dobra, dosyć zabawy - przybliżyłem twarz do jego twarzy, powiedzmy, że to taka... prowokacja. - Imię -powiedziałem stanowczo. - Serio, opaska mówi mi tyle co nic, a jednak wolę wiedzieć z kim się 'bawię'.



<Ethan? To nie ja pisałam, to choroba xd >

Od Ethan'a CD Joseph'a

Mężczyzna cały trząsł się ze zdenerwowania. Mimo tego, że pożerały go głód oraz zmęczenie, napływ adrenaliny wziął jednak górę. Przyspieszył, wkładając całą energię w bieg do jednej z bocznych bram. Umiejętnie omijał pułapki, w końcu znał całe miasto na pamięć. Ignorował krzyki agonii dobiegające z dołu skupiając się jedynie na swoich własnych ruchach.
Dopadł do strażnicy. Schody zatrzęsły się pod jego stopami. Wpadł do środka, natychmiast uderzył go smród papierosowego dymu. Czterech strażników spało w najlepsze. Tylko czterech, więc brakowało jednego z nich. Jego zęby aż zazgrzytały gdy zacisnął szczękę, w ułamku sekundy stół na którym leżały ich głowy trzasnął o podłogę, zdrętwiałe ciała mężczyzn poszły w ślad za meblem.
- Ogłoście alarm, do ch*lery! - Zagrzmiał białowłosy. - Nie widzicie, co się tam dzieje?! - Jeden ze strażników pobladł, dopadając do okna. Drugi widząc minę towarzysza bez sprzeciwu uruchomił procedurę alarmową. Po chwili rozbrzmiał nieco ochrypły odgłos syreny policyjnej.
- Gdzie piąty, ten nowy? - Mężczyźni z konsternacją spojrzeli po sobie.
- Wyszedł dobrą godzinę temu. - Oznajmił któryś. Zapadła cisza, gdy lider zaciskając ręce w pięści wziął głęboki oddech.
- Przyprowadźcie go do mnie. Nie ważne,czy będzie w jednym kawałku. - Rozkazał. Mężczyźni wyposażeni w broń, którą zgarnęli z rogu pokoju wypadli ze strażnicy z prędkością światła.
Mężczyzna oparł głowę o szybę, gdy obserwował jak oddalają się w ciemności. Łapał głębokie, chaotyczne wdechy próbując uspokoić kołaczące serce.
Stwierdzając, że nie ma nic do stracenia opuścił schronienie. Na jego głowę momentalnie spadł śnieg zmieszany z deszczem. Nawet pogoda uwzięła się na dzień, kiedy nie wyrabiał na zakrętach psychicznie i fizycznie. Położył się na lodowatej ziemi, wystawiając lufę karabinu przez przerwę w ogrodzeniu. Udało mu się zestrzelić kilku nieumarłych, gdy nagle jak grom z jasnego nieba spadła na niego myśl o tym, że główna brama pozostała otwarta, że musi ją jak najszybciej zamknąć. Podniósł się, oddając ostatni strzał w pozycji stojącej po czym udał się w stronę głównej bramy.
Nie miał już więcej siły na bieg, zatem pochylając się na tyle, ile było to możliwe przebył sporą część drogi. Nagle jednak usłyszał za sobą to już dobrze znane mu warczenie. Zanim zdołał zareagować stwór oplótł łapska na jego szyi, w ułamku sekundy broń wylądowała na ziemi. Próbował utrzymać jego łeb z dala od siebie kopiąc i rzucając się na wszystkie strony, nie było to jednak proste gdy do jego mózgu docierało coraz mniej tlenu. Bestia kłapała szczękami próbując wgryźć się w ciało mężczyzny. W akcie desperacji chwycił łeb nieumarłego w dłonie, by następnie wkładając w to całą pozostałą siłę nabić ją na kolce wystające z ogrodzenia. Okropna, zbrązowiała krew ochlapała go od stóp po czubek nosa. Wytarł twarz rękawem kurtki, wychylając się zza muru. Z dumą stwierdził, iż jego ludzie poradzili sobie z nieumarłymi całkiem szybko. Stracił stosunkowo niewiele, gdyż 3-4 ludzi na hordę ponad 20 zombie.
Udało mu się całkiem szybko dojść do schodów prowadzących na dół by zrównać się ze swoimi ludźmi. Schodząc szukał wśród nich białej czupryny Joseph'a, nigdzie jednak nie udało mu się jej wypatrzyć. Wszedł w uzbrojoną grupę mężczyzn, ruchem głowy przywołując kilku do pomocy przy zamknięciu bramy. Po kilku minutach oporu i skrzypienia wrota zatrzasnęły się.
- Spalcie ciała. - Odezwał się do jednego z podwładnych, który kiwnąwszy głową zebrał swój oddział by po chwili zniknąć w mroku. Mężczyzna przysiadł na chwilę przy ziemi, opierając się o ścianę głównej strażnicy. Nie wiedział jak wiele czasu minęło, na pewno wystarczająco by ścisnął mróz. Zimny wiatr agresywnie zawiewał mu w twarz. Grupa mężczyzn zdążyła ułożyć dwa stosy ciał oraz zalać je benzyną, zajęcie się płomieniami od zapałki było kwestią minut.
Ethan podniósł się z ziemi, zbliżając się do płomieni. Obszedł stosy z zamiarem odszukania Joseph'a, jednak nagle rozległ się gardłowy krzyk "Mamy sk*rwysyna!". Ziemia wręcz zatrzęsła się przy odpowiedzi około trzydziestu rosłych mężczyzn "Dawać go!".  Młody chłopak zarył twarzą o ziemię przed nogami białowłosego. Mężczyzna spojrzał na niego pustym wzrokiem. Zależało mu już tylko na odnalezieniu towarzysza i powrocie do domu, cała reszta mogła poczekać. Jednak mężczyźni nieustannie skandowali "Utopić zdrajcę!".
- Dla kogo pracujesz? - Ethan złapał rudą czuprynę młodzika w garść. Uniósł jego twarz do góry, ukazując policzki mokre od łez oraz zaczerwienione oczy w kolorze szmaragdów. Chłopak miał może z 18 lat, nie więcej. Nie odezwał się, zaciskając usta w cienką linię. -Nie chcesz współpracować? W porządku. - Tłum nie dawał za wygraną, cały czas domagali się utopienia chłopaka.
- Nie będziemy dziś nikogo topić. - Warknął lider, mierząc wzrokiem mężczyzn, którzy momentalnie się uciszyli.
- Masz rację, nie będziemy. - U jego boku pojawił się dobrze znany mu mężczyzna - Kano Meyer. Spojrzał mu głęboko w oczy, po czym ceremonialnie oparł siekierę o ziemię. Białowłosy zlustrował spojrzeniem ciemnowłosego, następnie ostrze by finalnie zawiesić wzrok na tłumie. Ci ludzie potrzebowali silnego przywódcy. Akty słabości prędzej czy później zepchną go ze stołka.
Odebrał więc siekierę z rąk złotookiego, który uważnie przypatrywał się każdemu jego ruchowi. Delikatnie przejechał dłonią po plastikowej rękojeści, jakby to miało mu w czymś pomóc. - Skończmy to szybko. - Oznajmił, próbując zignorować uśmiech, który wpłynął w tamtym momencie na twarz wyższego.
Kilku mężczyzn ułożyło chłopaka na kamieniu tak, by jego głowa była wyżej od reszty ciała. Johnson cały czas bił się z myślą, że może skazywać na śmierć niewinnego chłopaka tylko dla zachowania swojego statusu. Czuł się z tym okropnie. Miał ochotę położyć się na tej lodowatej ziemi i zwyczajnie zasnąć.
Jednak wyrok zapadł, nie było powrotu. Przymierzył się raz, drugi, za trzecim razem ostrze spadło na szyję rudowłosego. Metal trzasnął o kamień a Ethan'a znów ubrudziła krew. Tym razem nie trudził się wycieraniem jej z twarzy. Rzucił siekierę na ziemię, następnie bez słowa odszedł.
Czuł się jak w amoku, jak w złym śnie który chciał jedynie zakończyć. Zaglądał do każdego budynku wzdłuż muru w poszukiwaniu białowłosego Azjaty. Ostatni raz zmusił swój wykończony organizm do biegu, był to jednak błąd z jego strony. Warstwa wody, która zdążyła spaść kilka godzin wcześniej zamarzła pod wpływem niskiej temperatury tworząc z muru istną ślizgawkę. Jeden krzywy krok i mężczyzna padł na ziemię, pozostawiając na betonie dwa krwawe ślady. Przeklął pod nosem, otrzepując zdarte kolana. Podnosząc się z poziomu podłogi dojrzał, iż jeden z kolców jest ubrudzony krwią. Nie był to bynajmniej ten, na który nabił zombie. Zaniepokojony odszukał najbliższy budynek, po czym dopadł do jego drzwi.
Jednak te ani drgnęły gdy za nie szarpnął. Spróbował raz, drugi- nic. Zaczął uderzać w nie pięściami. - Joseph, jesteś tam?! - Odpowiedziała mu cisza, ponowił więc wołanie. - Joseph!
Normalnie zaprzestałby poszukiwania o tej godzinie, a już na pewno też nie dobijałby się do drzwi stodoły jak jakiś szaleniec. Jednak robił to. Napi*rdalał w drewniane drzwi o drugiej nad ranem, jakby od tego zależało jego życie.
- Ethan? - Przez chwilę białowłosy zastanawiał się, czy aby głos który usłyszał nie jest już omamem ze zmęczenia.
- Otwórz drzwi. - Jego głos załamał się w połowie zdania, jakby nagle zaczął się topić od środka. Jednak nie oszalał, drzwi stanęły przed nim otworem. A zaraz za nimi Joseph uciskający krwawiącą ranę. Nie myśląc ani chwili padł przed młodszym na jedno kolano, zaciskając dłonie wokół jego ramion. Uniósł głowę, by spojrzeć na jego twarz pozbawioną wyrazu i zamglone oczy. -Zajmiemy się tym, tylko na boga, nie mdlej. -W jego głosie wyczuwalna była panika, Joseph jedynie niemrawo pokiwał głową. Mężczyzna podniósł chłopaka, zakładając jego ręce na swoje barki. Był bardzo lekki, a może tylko mu się tak wydawało? W każdym razie udało mu się jakoś zanieść Josepha pod wielkie ognisko gdzie zajął się nim medyk.
Mężczyzna jedynie stał obok, obserwując jak doświadczona osoba zszywa ranę chłopaka. Troskliwie doglądał, czy ten na pewno nie odpływa. Uspokoił się, gdy rana została już zakryta bandażem.
Ktoś pomógł mu donieść pół przytomnego chłopaka do mieszkania, sam na pewno nie dałby z tym rady. Położył go na łóżku, nie trudząc się zdejmowaniem z niego brudnych ubrań. Sam udał się do kuchni, by zmyć całą krew z twarzy i dłoni w kuchennym zlewie. Następnie wyciągnął z szafki garnek i opakowanie makaronu, wstawiając wodę w garnku na gaz. Przez chwilę tępo wpatrywał się w płomień, jego głowa wydawała się ch*lernie ciężka. Jednak gdy już przebudził się z otępienia by wrzucić makaron do wody, udał się w stronę sypialni. Oparł się o futrynę drzwi przyglądając się szczupłej sylwetce Joseph'a wtulonej w kołdrę zwiniętą w rulon. - Będziesz jadł? - Chłopak odpowiedział mu przeciągłym pomrukiem, który uznał za tak.
Przygotował mocno uproszczoną wersję spaghetti składającą się z makaronu oraz sosu pomidorowego z puszki, niestety nic innego nie uchowało się pod jego nieobecność.
Postawił dwa talerze na niewielkim stoliku w kuchni po czym padł na jedno z krzeseł. Spojrzał na wyświetlacz na piekarniku - już druga trzydzieści. Ziewnął przeciągle mieszając makaron widelcem po czym powoli zabrał się za jedzenie. Chciał pochłonąć porcję jak najszybciej, niestety ledwie mógł utrzymać widelec w dłoni. Jego głowa niekontrolowanie zsunęła się w dół, układając się na stole.
Ledwie udało mu się otworzyć sklejone powieki, gdy do jego uszu dotarł jakby dźwięk dzwonka do drzwi. Odruchowo znów sprawdził godzinę- piąta nad ranem. Unosząc ociężale głowę do góry ujrzał przed sobą źródło dźwięku. Joseph owinięty w kołdrę po sam nos grzebał widelcem w ostygniętym makaronie.
- A więc jednak zgłodniałeś. - Wymruczał mężczyzna, układając się z powrotem na stole.

<Joseph? :3 >

Obserwatorzy