29 lipca 2017

Od Avy CD Evan'a



Evan zaprowadził mnie do piwnicy. Nie wiedziałam, ze jest tu coś takiego. W sumie, w większości budynkach jest. Otworzyłam drzwi, a tam były stoły i kilka osób z różnych drużyn. Podeszłam i zasiadłam do stołu. Po krótkiej grze ciężko było się oderwać. Evan stał, reszta też i patrzyła. Im dłużej grałam tym więcej chciałam. Chciałam ich zniszczyć, to właśnie to, passa zwycięzcy, chcesz więcej i więcej aż wszyscy wokoło przegrają.
Taka gra zajęła grube godziny, gdy w końcu udało się przerwać. Gra musiała dobiec końca. Zabrałam wszystko i schowałam, podeszłam do Evan'a z lekkim uśmiechem.
Bez słowa wyszliśmy z piwnicy i wyszliśmy z budynku, chciał mi pokazać okolice wokół budynku. Skoro już tu będę przez resztę swojego marnego życia to choć będę robić coś co lubię. Tak, właśnie zabijanie zombie jest czymś co lubię. Skoro i tak nie wiadomo kiedy znajdzie się antidotum to trzeba jakoś przetrwać.

Gdy Evan mnie oprowadził, poszedł coś zrobić. Nie pytam się, nie moja sprawa, wzięłam broń i kilkanaście różnych naboi. Weszłam na dach, zamknęłam drzwi. Położyłam się niedaleko krawędzi, wzięłam zamocowałam tłumik, ustawiłam snajperkę i szukałam celów. Było ich mało, czekałam dłuższy czas aż się pojawili jacyś ludzie. Uciekali przed gromada umarlaków.
- W końcu mam do czego strzelać. - celowałam w umarlaków. Strzelałam, przypadkowo trafiłam w prawie ugryzionych. Przecież i tak nie żyją to tym lepiej. Wtem usłyszałam za sobą kroki. Podniosłam się i zobaczyłam Evan'a, stał tak po prostu. Wzięłam broń, naboje i chciałam już iść lecz mnie zatrzymał.
- Czemu ich zabiłaś? - zapytał
- Przecież i tak by ich złapali. Byli martwi, ukróciłam im śmierć. - powiedziałam i wyminęłam go Zeszłam na dół do pokoju. Rozłożyłam bronie na stole, usiadłam i zaczęłam je czyścić.

Evan?

Od Evan'a CD Eizō



- To wszystko twoja wina. – chłopak zaczął szarpać mnie z kurtkę. Krzyczał coś, ale było niezrozumiałe przez jego rozpaczliwy szloch. Dysząc ciężko zaprzestał jakichkolwiek ruchów. Położył głowę na moją klatkę piersiową i zaczął przeklinać. Sam już nie wiedziałem, czy klął na ten cholerny świat, na mnie, czy na swoją bezsilność. W jego sercu panowała burza emocji. Nie wiedząc jak zareagować spoglądałem w niebo. Czy tam ktoś w ogóle jest? Czy ktokolwiek martwi się o nas, ludzi? Jeżeli istnieje Bóg, najwidoczniej ma nas głęboko w dupie. Marszcząc brwi westchnąłem cicho i mimowolnie objąłem Eizō. Cóż innego mi pozostało.
- Clay zginął, ale my żyjemy. – wydusiłem w końcu.
- Powtarzasz się, ciołku. – wymamrotał chłopak ocierając łzy, które i tak nie zniknęły.
- Muszę, aby dotrzeć do twojej pustej mózgownicy. Nadal jestem zdania, że dwie jednostki to nie jedna.
- W dupie mam twoje zdanie. – warknął. Zacisnął dłonie, w których wciąż trzymał moją kurtkę. Nie minęła chwila, a Eizō podniósł się natychmiastowo pociągając mnie w górę, jakbym był zwłokami.  – No, to może zechcesz się teraz poświęcić dla mnie?! – odrzucił mnie na ziemię i wskazał palcem na zachód. W oddali zbliżała się nieduża gromadka Zombie, ale wśród nich spostrzegłem rosłą postać. Maczo. Nieciekawie, mały nożyk nie wystarczy na tego bydlaka. Odwracając się spostrzegłem, iż rudzielec zaczął iść w przeciwną stronę w umiarkowanych chodzie. Nie mogłem tak po prostu zostać zmieszany błotem, nie przystoi to liderze. Wstałem, otrzepując się z kawałków ziemi zacisnąłem pięści i podbiegłem do Eizō. Chwyciłem go za ramię i odwróciłem w moją stronę.
- Nie mam zamiaru się poświęcać dla jakiegoś wyrośniętego bachora. Żeby było kurwa jasne albo idziesz ze mną, albo zostajesz tu i zdychasz. – dawno nikt mnie tak nie zdenerwował… Gniew źle wpływa na moją psychikę.
- Nie będę tańczyć jak mi zagrasz! – krzyknął i odrzucił moją rękę z ramienia.
Naszą sprzeczkę przerwało nagłe wycie. Oboje spojrzeliśmy na zbliżającą się hordę. Znacznie przyspieszyła, jeszcze chwila i żaden z na się nie uratuje. Zacisnąłem zęby i spojrzałem stanowczo na chłopaka.
- Zadam ci teraz proste pytanie, chcesz żyć czy stać się tym czymś? – wskazałem na Zombie. Eizo milczał, a więc uznałem to za odpowiedź pozytywną. Chwyciłem go za nadgarstek i pociągnąłem za sobą. – Radzę ci użyć nóg, bo nie mam zamiaru cię wlec jak wcześniej. Nie wyglądasz na wolnego, tak więc streszczaj się.
Rudzielec miał naburmuszoną minę, ale posłuchał. Najwidoczniej wola przeżycia pchała go do przodu. Wybiegliśmy z głównej uliczki, znaleźliśmy się na skrzyżowaniu. Południowa droga, prowadząca na most, była zniszczona, natomiast dwie inne nie wyglądały ciekawie.
- Którędy, wybieraj. – powiedziałem nie mając zamiaru się kłócić.


<Eizō?>

28 lipca 2017

Od Alyssy CD Ethan'a

- A mam inne wyjście? - Syknęłam. - Wszystko powoli się kończy. Morfina, adrenalina, torebki z krwią oraz narzędzia do szycia. Co zostało to kilka woreczków z witaminą i leki przeciw bólowe. Stwierdzam, że nie mamy nic. Kompletnie.
Mężczyzna wbił swoje zimne spojrzenie w oczy Aly.
- Czy ty sobie żartujesz? - Wydał z siebie przerażający głos, który spowodował ciarki na nogach Aly - Dlaczego mnie o tym nie informujesz?!
- A myślisz sobie, że tak łatwo, gdy Ty jesteś w rozjazdach! - Odpowiedziała tym samym. - Cóż... Nasz lekarz wyruszył już kilka dni temu w poszukiwaniu lekarstw. Pewnie teraz wędruje ze szwędaczami to po pierwsze, a po drugie, to Helen zajmuje się tym wszystkim! Nie moja też wina, że wykarmia tym wszystkich jak leci po kolei i nie patrzy ile tego jest!
Ów mężczyzna wyprostował się, spojrzał pewnie na Aly i powiedział.
- Dobrze porozmawiam z nią - Pokazał palcem w stronę swojego 'pokoju' - A teraz zapraszam do mnie. Obgadamy wszystko.
Ruszyli w stronę starego pokoju dyrektora, w którym to teraz przebywał Lider. Pomieszczenie było duże i przestronne. Co zaskoczyło Alysse, to to, że mężczyzna trzymał tam porządek, co trudno o te czasy. Mężczyzna usiadł i spojrzał na leżącą na stole mapę.
- W ostatnim czasie wysłałem doświadczonych ludzi po jedzenie oraz naboje i bronie - Pokazał palcem na miejsca, w których to znajdowali się wysłannicy - My ruszymy w kierunku Leavenworth. Cóż... Stan jest może krytyczny, ale wiem też, że nikt nie zapuszczał się w tamte tereny. Ruszymy za jakąś godzinę. Bierzesz jeszcze kogoś z nami?
Aly założyła rękę na rękę i przyjrzała się dokładnie miejscu. Zależało jej też na odnalezieniu innego szpitala.
- Nie ma tam szpitala, lecz jest przychodnia. Dobrze, że przynajmniej to. - Pochyliła się nad mapą - Wiem, gdzie możemy się udać. Tata mówił, gdy był na ostatnich czyszczeniach, że w Wentachee jest kilka oddziałów szpitalnych, więc pewnie roi się od medykamentów oraz narzędzi. Przyda nam się wszystko. Obawiam się jednak, że nadchodzą w tamtym kierunku Kruki. Będą korzystać z okazji, więc my powinniśmy się śpieszyć.
Mężczyzna wbił się w fotel, złapał się za policzek palcem i wbił spojrzenie w mapę, lecz po chwili przebudził się z myślenia.
- Jak masz na imię?
- Alyssa. - Odpowiedziała. - Wszyscy wołają na mnie po prostu Aly.
- To ty jesteś Develron?
- Tak.
- No, nie spodziewałem się po Tobie tylu rzeczy Aly. Mam też nadzieję, że to nie będzie jedyne, co jeszcze zobaczę. - Podniósł się i podszedł po swój karabin, który był oparty o ścianę. - Wybacz, sam się nie przedstawiłem Ethan. Tyle powinno Ci wystarczyć. A teraz ruszamy.

 
Ethan?

Od Evan'a CD Avy



Był słoneczny poranek, przez okna wpadały jasne promienie rozjaśniając hol. Szedłem z pewną sprawą do nowej dziewczyny, o ile dobrze pamiętam nazywała się Ava. W dłoni trzymałem mały kawałek papieru, który mimo iż nie wyglądał był jej kartoteką. Potrzebowałem mieć go wypełnionego w razie gdyby zginęła lub zaginęła. Jest również korzystny w razie chorób i ciężkich ran. Idąc przez hol zauważyłem smukłą sylwetkę, wpatrywała się w świat za oknem. Wyglądała bezbronnie i beztrosko, ale dobrze wiedziałem kim jest.
- Ava. – powiedziałem zbliżając się do dziewczyny. – Czy mogłabyś to dla mnie teraz wypełnić? – położyłem kartkę na parapecie i przytrzymałem dwoma palcami aby nie odfrunęła przez podmuch wiatru.
- Co to? – odparła, jej postawa była raczej obojętna.
- Twoja kartoteka, muszę ją mieć zrobioną na dzisiaj tak więc, czy zechciałabyś? – wyciągnąłem z kieszonki kurtki długopis i podsunąłem jej niemalże pod nos. Dziewczyna westchnęła i zabrała się za pisanie.
- Co konkretnie mam napisać?
- Swoje imię i nazwisko, grupę krwi, wiek… Wiesz, takie ogólne dane osobowe.
- Mhm, skończyłam trzymaj. – odparła i cisnęła kartką w moją klatkę piersiową. – Ah, jeszcze długopis. – chciała zrobić to samo, ale udało mi się pochwycić przedmiot przed nią.
- Dzięki. – odparłem i sprawdziłem czy wszystko napisała. Ava Sophia Kruk, 18 lat… Dobra wszystko jest. – Słuchaj, masz może ochotę na małą przechadzkę po okolicy? Nie zwiedzałaś chyba jeszcze obozu.
- Czemu nie. – odparła, a na jej twarzy zagościł lekki uśmiech, ale na krótko. Nie chciałem aby nasza mała wycieczka ciągnęła się w niezręcznej dla mnie ciszy, dlatego rozpocząłem rozmowę.
- Zdążyłaś się zapoznać z kryjówką?
- Myślę, że tak. Wszelkie zakamarki i przejścia zapisałam sobie w głowie.
- A byłaś w piwnicy?
- To tutaj jest piwnica? Nie, jeszcze nie.
- Głównie trzymamy tam medycynę, czasem przeprowadzamy tam operacje jeżeli są natychmiastowo potrzebne. Ostatnimi czasy kilku członków urządza tam sobie kasyno. Znaleźli to gdzieś w pawie i przynieśli tutaj. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, ale hazard to raczej niebezpieczna zabawa, nie chciałbym aby komuś woda sodowa strzeliła do głowy i zrobił tam rozróbę.
Zeszliśmy po schodach i znaleźliśmy się przy drzwiach do piwnicy.


<Ava>

27 lipca 2017

Od Eizō CD Evan'a

Gdzieś pomiędzy spazmami bólu a pogrążeniem w żałobie, przez myśl przeszło mi: jakim cudem uderzenie przez tego małego gnojka tak mocno boli? Evan złapał mnie i tak po prostu zaczął ciągnąć po ziemi, niczym szmacianą lalkę. Chciałem zaprotestować, naprawdę. Jednakże brzuch, na którym z pewnością pojawi się siniak, protestował. Nie pozostało mi nic innego jak oddać się w jego ręce.
Uniosłem głowę, żeby zobaczyć chociaż, co się dzieje z Clay’em. Dostrzegłem go, górującego nad potworami. Jak zwykle jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, zacięcie walczył, zabijając kolejne zombiaki. Jednak jeden człowiek nie zdoła pokonać tylu na raz. Zwłaszcza kiedy jest ranny. Jego ruchy stawały się coraz bardziej powolne, a z ran lała się krew. Słyszałem tylko dzikie warknięcia i jęki. Pojedyncze zombie straciły zainteresowanie mną i Evanem, wszystkie jak jeden mąż rzuciły się na łatwiejszą przekąskę.
Nagle Clay upadł, a Nieumarli podążyli za nim. Chociaż go zasłonili, to wiedziałem co teraz się dzieje. Pożywiają się. Przez chwilę wyobraziłem sobie widok mojego rozszarpywanego towarzysza, pomyślałem, że zaraz zwymiotuję. Człowiek po pięciu latach apokalipsy powinien się już do tego przyzwyczaić, a jednak, wciąż tak samo szokujące i obrzydliwe jak wcześniej.
Wpatrywałem się w zbitą grupkę, dopóki Evan nie wyciągnął mnie na zewnątrz i nie zamknął drzwi.
– Musimy stąd uciekać, rozumiesz? – Rozejrzał się niespokojnie po okolicy, a następnie utkwił wzrok we mnie. – Wstawaj. Zaraz przywlecze się reszta.
Nie zareagowałem. Nadal trzymałem się za brzuch, a po chwili z moich oczu poleciały łzy. Miało być przecież tak pięknie. Clay żyłby i uczyłby mnie rzucaniem nożami. Nie chciał dołączyć do Wilków, ale z chęcią odwiedzałbym go w jego obskurnym mieszkanku i na każdym kroku irytował. Miałbym przyjaciela.
– Clay kazał ci uciekać. On umarł, ale ty nadal żyjesz. – powiedział Evan, tracąc cierpliwość. Stanął tuż przede mną i wyciągnął dłoń. Jeszcze jakiś czas temu zaręczał, że w Seattle nie ma zombie i możemy czuć się bezpieczni. Cichy głosik w mojej głowie przypomniał o raportach, których chłopak przecież jeszcze nie dostał. Postanowiłem to jednak zignorować, kto w takim momencie próbowałby usprawiedliwiać osobę, przez którą ktoś zginął.
Ugh, po drodze zgubiłem tasak… Przydałby się jak nigdy. Skoro i tak nie widzi na jedno oko to po co mu drugie.
Chwyciłem Evana za rękę, jednak kiedy chciał pociągnąć mnie w górę, zaparłem się. To ja pociągnąłem jego. Tylko dzięki chwili zaskoczenia udało mi się go powalić i przewrócić na plecy. Usiadłem okrakiem na jego biodrach, dociskając do ziemi i uniemożliwiając ucieczkę.
– To wszystko twoja wina – warknąłem, łapiąc go za poły czarnej kurtki i zaczynając szarpać. Właściwie to miałem mu przyłożyć, ale nie zdołałem wykrzesać z siebie tyle siły. Po zaledwie kilku sekundach zaprzestałem jakichkolwiek ruchów.
Rozryczałem się do końca, szlochając i wyjąc na przemian. Przeklinając Evana, zombie i siebie samego.


< Evan? >

26 lipca 2017

Od Avy

Może najpierw opowiem jak to się wszystko zaczęło.
Gdy miałam cztery lata, mój brat mnie molestował. Dla zabawy mówił, że bawimy się w lekarza. Gdy tata to odkrył zbił na kwaśne jabłko mojego brata. Nauczył mnie się bronić, walczyć oraz strzelać. Pewnego dnia, gdy siedziałam z mama, miałam wtedy siedem lat. Brat i tata wrócili spici do domu. Od tamtego momentu do 12 roku życia byłam gwałcona przez ojca i brata. Pewnej nocy, gdy wszyscy spali wymknęłam się, uciekłam. Tylko mamy mi szkoda było. Próbowałam popełnić samobójstwo, lecz uratował mnie chłopak później się okazało, że mieszkał ze starsza kobieta. To z nim pierwszy raz się przespałam. Byłam z nimi do 17 roku życia. Gdyż jego babcia zmarła, a on sam zniknął. Robiłam obiad, gdy w telewizji usłyszałam coś o nieudanym eksperymencie. Słowo klucz to Zombie. Wzięłam plecak, wrzuciłam trochę jedzenia, za szafą miałam broń, wzięłam noże. Wszystko spakowałam. Zostawiłam mięso na stole. Wzięła z garażu opancerzony samochód i wyjechałam. Gdy się oddalałam ujrzałam, że wchodzi grupa do mojego domu. Kliknęłam guzik i wybuchł. Odkąd tam trafiłam się szybowałam na coś takiego. Pojechałam przed siebie, czasem walczyłam z nimi i dalej jechałam. Z radia słyszałam wezwania o pomoc. Nie na każde mogłam odpowiedzieć, ale niektórym rodzinom pomogłam.

Rok po tym zajściu, w moje osiemnaste urodziny. Siedziałam zamknięta, dokładniej zabarkowana, w budynku. Przed tym rozłożyłam tam pułapki. Leżałam na dachu z ustawiona snajperka i patrzyłam na ulice. Co rusz ktoś uciekał, a ja celowałam wybuchającymi nabojami. Celowałam w głowę jednemu, a przy okazji innym się trafiło.
– 2680, sporo ich może do miliona spokojnie dobije. –  powiedziałam, dalej strzelając. Gdy usłyszałam głosy. Schowałam broń, chowałam wszystko brałam rozbieg aby skoczyć na sąsiedni budynek. W ten sposób się poruszałam. Gdy zeszłam na ziemie, patrzyłam zza rogu czy jest pusto i było. Mogłam wyjść i iść kilka metrów, gdyż zaraz za rogiem jest sklep z bronią. Udało mi się, weszłam. Było już niewiele broni, wzięłam co zostało. Kolejne magazynki. Chciałam wyjść, ale stały tam i szły, chyba mnie nie zauważyły szybko myknęłam przez tylne drzwi. Kopnęłam i strzeliłam do kilku – Cho**ra jeszcze trochę a mnie usłyszą – przebiegłam szybko i zaczęłam uciekać. Zauważyłam opuszczony szpital. Schowałam się, czekałam aż sobie pójdą. Wtedy rzuciłam kamieniem w inną stronę. Głupie zombie pobiegły tam. Siedziałam jeszcze chwilę i weszłam do szpitala. – No to, ciekawe czy jest tu ktoś. – Szłam z bronią w dłoniach, usłyszałam szmer odwróciłam się, stał tam jakiś chłopak.
Po paru minutach opuściłam i schowałam broń.
– Kim jesteś? – spytałam.
– Evan. – krótkie imię, spoko.
– Ava. Odpocznę trochę i będę spadać, jeśli to twoje gniazdko. – powiedziałam patrząc w okno, czy nic nie idzie.
– Możesz zostać, jeśli chcesz. – powiedział. Poprowadził mnie w miejsce, jakiś taki pokój. Poszedł.

Położyłam się patrząc na okno. Czyli teraz to tak będzie wyglądać moje życie. Ucieczka przed zombie, zabijanie ich, tylko tyle, aby przetrwać. 
W ten sposób dołączyłam się do drużyny kroków, gdy wszystko wiedziałam. Miałam tylko nadzieje, tylko że mama uciekła, a ta dwójka zginie w męczarniach.



Evan?

Drużyna kruków | Ava Sophia Kruk

"Przetrwaj, to jest najważniejsze."


Ava Sophia Kruk | 18 lat | Kobieta | Kruki | Zenddi

25 lipca 2017

Od Evan'a CD Eizō



Światło, które wpadło do pomieszczenia pokazało jego prawdziwą zawartość. Dziesiątki Zombie, jedne wstawały, a drugie czołgały się aby dopaść swoją zdobycz i przemienić ją w jednego z nich. Wyciągnąłem nóż i przeciąłem do połowy szyję Nieumarłego, który na mnie wbiegł. Podparłem się o pobliski regał, zachowując równowagę. Następna dwójka nadchodziła. Zacisnąłem nóż, który trzymałem w lewej dłoni i obniżyłem lekko pozycję. Nie czekałem aż ci łaskawie podejdą, chwyciłem tego z prawej za nadgarstek i pociągnąłem na Zombie obok. Oboje runęli na regał tworząc małe domino. Sytuacja nie była ciekawa. Clay zniknął i zostałem tylko ja z Eizō. Chłopak podniósł się z ziemi i podszedł do mnie.
- No, to co teraz? – zapytał
- Gdzie Clay? Byliście tutaj we dwoje. – odparłem i przez myśl przeszło mi najgorszy scenariusz. – Zginął?
- Nie, na pewno nie. Był tam. – wskazał szybko palcem w pobliże okna. – Możliwe, że jest za ścianą.
- Trzeba go stamtąd wyciągnąć i zwiewać. To musi być jakiś nowy gatunek. Bezmózgi, które zasadzają się na przechodniów? Nie ma opcji by zyskały inteligencję!
- Teraz o tym myślisz? – parsknął uderzając zbliżającego się Zombie tasakiem, ciekawe skąd go wytrzasnął. – Lepiej pomyśl w jaki sposób wydostaniemy się z tego bagna, a raczej Clay’a.
- Clay! Żyjesz? Odpowiedz! –krzyknąłem przyciągając uwagę kilku Nieumarłych.
- Żyję, smarkaczu! Lepiej zadbaj o własne bezpieczeństwo! – głos był lekko zagłuszony, ale to z pewnością był on.
- Jest za ścianą. Oczyśćmy te płotki i pomóżmy mu. – powiedziałem, a Eizō bez odpowiedzi od razu ruszył na przód wymachując tasakiem na lewo i prawo.
- Nie! Idźcie, zostawcie mnie tutaj! – krzyknął Clay.
- Dlaczego?
- Nie ma takiej opcji, Clay! – zaprzeczył chłopak. – Wyjdziemy z tobą!
- Ty to w ogóle siedź cicho. – zarzucił ostro mężczyzna. – Dla mnie nie ma już ratunku, użarł mnie skurczybyk. – jego głos był bez uczuć, jakby dusza opuściła swoje naczynie i zostawiła je na pastwę losu.
- Clay, nie wyjdę bez ciebie! – krzyczał dalej Eizō
- Eizō, jeżeli został zakażony nie mamy jak mu pomóc… Możemy mu jedynie skrócić męki.
- Zaraz skrócę twoje jak mi nie pomożesz. – odparł szorstko, czułem jak jego gniew rośnie z każdą chwilą.
- Musimy iść póki mamy szansę!
- Musimy go ratować póki możemy!
- Słuchaj do cholery. Wyczyść uszy, a może to usłyszysz. – pociągnąłem go lekko za lewe ucho i wskazałem palcem pomiędzy trzema Zombie. – Spójrz tam, widzisz go? To Nietoperz. Kuli się tam w kącie i wyje. Zaraz tu będzie więcej tych choler!
- Sam powiedziałeś, że to płotki tak więc odwal się, tchórzu.
- Prosiłeś się o to. – odparłem oburzony i zadałem mu mocny cios w brzuch. Chłopak ugiął się w bólu i upadł na kolana, obejmując brzuch skulił się w katuszy. Złapałem go pod pachami i zacząłem ciągnąć go do wyjścia. – Zrozum, nie da się go uratować. Nie chcę cię zostawiać, ale jeżeli nadal będziesz stawiać opór nie będę ci przeszkadzać w umieraniu. 


<Eizō?>

Obserwatorzy