17 sierpnia 2017

Od Joseph'a CD Ethan'a

Wolnym, dość niepewnym krokiem białowłosy wszedł do wnętrza mieszkania. Pomieszczenie, w którym się znajdował nie wyglądało najlepiej. W większości było puste, nie licząc wąskiej garderoby i dawno zwiędłego już kwiatka w rogu pomieszczenia. Od prawej strony, metr dalej za ścianą znajdował się główny pokój, serce tego mieszkania.
Które było już martwe.
W mniej lub bardziej tego słowa dosłownym znaczeniu, bo gdy tylko Joseph ujrzał nieład i chaos panujący w środku, w pośpiechu zrzucił plecak ze swoich ramion desperacko czegoś w nim szukając. Po chwili wyjął z niego ochronną maseczkę na twarz i parę rękawiczek, a następnie ponownie zarzucił plecak na plecy, wyraźnie obawiając się położenia go gdziekolwiek na ziemi zważając na walające się wszędzie kłębki kurzu (o ile naprawdę był to kurz, a nie nowo powstały gatunek dzikiego zwierzęcia). - Jesteś pewien, że tu mieszkasz? - jego głos nie był do końca wyraźny przez maseczkę, która dokładnie zakrywała jego usta i nos. Ethan stojąc jeszcze w progu tylko spoglądał na niego pytająco nie bardzo wiedząc co ten ma na myśli - Wciąż nie rozumiesz? - pytał zdziwiony - Oddałeś życie tych niewinnych roślin w zamian za hodowlę potworów? - wskazał palcem na doniczki ze zwiędłymi kwiatami, których w żaden sposób już nie dało się odratować - Miejmy tylko nadzieję, że i one nie powstaną i nie zaczną nas zjadać… - westchnął rozglądając się wokół siebie, a następnie znów kierując swój wzrok w stronę strasznego - Czas sprzątnąć ten burdel…
- Hę?! - oburzył się - Czy ty kiedykolwiek byłeś chociaż w burd-
- Lepiej zamilcz i powiedz mi, gdzie znajdę coś, czym wytępię ten brud. - przerwał mu podchodząc do małego stolika ustawionego na środku pokoju, na którym leżało pudełko po pizzy. Niepewnie zbliżył się do niego i szybkim ruchem otworzył karton. Odetchnął z ulgą, gdy wnętrze okazało się puste, a ze środka nie wybiegł kawałek pizzy, któremu zdążyły wyrosnąć nóżki.
- Wszystkie środki czystości są w łazience.
- Więc mi je przynieś. Łazienka jest ostatnim miejscem, w którym chciałbym się teraz znaleźć… - ostatnie słowa szepnął już do siebie. Chwilę później w pokoju pojawił się Ethan, w rękach trzymając wiadro z wodą, mop, a także masę różnych płynów. Joseph czym prędzej zabrał się do roboty nie mogąc dłużej patrzeć na bałagan ogarniający mieszkanie, jedyne miejsce, w którym naprawdę mógł się czuć jakkolwiek bezpiecznie.
Ethan z początku siedział bezczynnie na garderobie i obserwował młodszego, który był bardziej zmotywowany do sprzątania aniżeli do walki o swoje życie. Wkrótce jednak zaczął sprawdzać elektryczność w mieszkaniu, i tak jak się spodziewał, przez jego dłuższą nieobecność w jego mieszkaniu znów jej brakowało. Na krótką chwilę wyszedł z mieszkania, czego Joseph oczywiście nie zauważył będąc zbyt pochłoniętym doszukiwaniem się kanapy spod sterty kurzu i śmieci, a następnie otworzył małą skrzyneczkę na klatce schodowej, w której zaczął coś montować. Kilka minut później znów wrócił do mieszkania, w którym zawitało światło.
Woda i kanalizacja nie były za to takim problem jak energia. Prawie, bo najczystsza ona z pewnością nie była, w końcu nie było już ludzi, którzy mogliby pomagać w jej filtrowaniu. Pomimo tego woda, która była im dostarczana, nie była też najgorsza. Naście lat temu, ludzie będący przerażeni przyszłościową wizją jej nagłego braku lub strucia, w końcu zaczęli stosować bardziej radykalne zasady jej oszczędzania, jak i filtry, które były umieszczane w niemal każdym możliwym miejscu, dzięki czemu woda zaraz po jej wykorzystaniu stawała się oczyszczona w 80%.

Minęło kilka godzin zanim Joseph zdążył uporać się z bałaganem w salonie, kuchni jak i łazience, która o dziwo nie była w takim złym stanie w jakim wcześniej przypuszczał. Już chciał z satysfakcją powiedzieć, że jego praca skończona, gdy jego oczom rzuciły się zamknięte drzwi w przedpokoju. Czyżby był tak zatracony w swoim zajęciu, że nawet ich nie zauważył...? Podszedł bliżej, delikatnie naciskając na klamkę, a jego oczom ukazał się kolejny, bardzo mały pokój, którego stan był jeszcze gorszy niż całe mieszkanie razem wzięte. - MAM TEGO JUŻ SERDECZNIE DOŚĆ. - podniósł głos ze zdenerwowania ściągając parę rękawiczek i maseczkę z twarzy następnie rzucając je na podłogę - Ty, zajmiesz się wypucowaniem tego pokoju na błysk, a ja w tym czasie przewietrzę się na balkonie. - powiedział z wyrzutem wręczając chłopakowi do ręki mopa.
- Nie kazałem ci tu sprzątać więc nie rozumiem czemu… - zaczął się tłumaczyć chcąc uniknąć obowiązku, co Joseph szybko mu przerwał.
- HALO, nie widzisz co się tu dzieje? Jedzenie przyrosło do stolika, stworzyli jedną, pieprzoną syntezę! Zajmij się tym, albo siłą wyrwę ci tabletki i więcej mnie już nie zobaczysz! - dodał, choć zaraz po wypowiedzeniu swoich słów zaczął się zastanawiać czy aby na pewno miały one sens. W końcu skąd mógł wiedzieć, że Ethan’owi jakkolwiek na nim zależało? Nawet jeśli mówił, że nie pozwoli mu podróżować samemu, skąd mógł wiedzieć, że w ciągu ostatnich kilku dni nie zmienił zdania? Stał kilka kroków dalej od starszego oczekując od niego jakiejś reakcji. Była to tylko i wyłącznie krótka chwila, lecz sekundy mijające w oczekiwaniu na jakiś znak, zdawały się trwać w nieskończoność. W końcu Ethan sięgnął za wiadro z wodą i bez słowa zniknął za drzwiami sypialni. Natomiast Joseph udał się na balkon, na którym postanowił spędzić tyle czasu, ile starszy będzie potrzebował na ogarnięcie ostatniej części mieszkania.

I w ten właśnie sposób nastała noc. Pół dnia zajęło dotarcie do mieszkania, a kolejne pół na doprowadzenie go do porządku. Joseph przyglądał się gwiazdom, których jeszcze nigdy nie było tak wiele. Odkąd uliczne latarnie zgasły, a prąd dostarczany do miasta zagarnęło dla siebie wojsko, gwiazdy pierwszy raz były tak wyraźne. Siedział opierając się o ścianę na małym balkonie, który mimo wszystko był nieco większy od przeciętnego, blokowego balkoniku, i to na tyle, że bez problemu mogły się na nim położyć dwie, może nawet trzy osoby. Jego ciało było chłodne, wraz z upływem godzin temperatura coraz bardziej spadała, a zimny wiatr przybierał nieco na sile. Mimo tego on nadal tam siedział szukając gwiazdozbiorów i myśląc o wszystkim tym, co do tej pory go spotkało. Bądź to on spotkał to wszystko. Zawsze działał na własną rękę. A teraz? Teraz już nie był sam. Sam do końca nie był pewien, czy był w stanie zaufać Ethan’owi, jednak podświadomie wiedział, że już to robi, że w pełni mu się oddał i nieustannie na niego liczy. Znowu na ocalenie nie liczył wcale. W głębi serca współczuł tym, którzy wciąż oczekują na pomoc ze strony wojska, które zamiast pomagać ludziom, tak naprawdę ich wykorzystuje - rabuje, torturuje i zabija. Wojsko działało na własną korzyść. Nie należy na nich czekać. Małe osiedle, w którym właśnie przebywali, mogłoby stać się idealnym celem dla władz państwowych, znów dla tutejszych z pewnością byłaby to największa strata. Całe szczęście, że ten teren nie został jeszcze przez nikogo odkryty. Chyba.
Niespodziewanie szklane drzwi na balkon otworzyły się, a oczom chłopaka ukazał się Ethan, który przysiadł się tuż obok niego. - Przepraszam, trochę przesadziłem. - powiedział od razu Joseph, widząc zmęczenie na twarzy Ethan’a - Epidemia, koniec świata i te sprawy, ale nie chciałbym umrzeć od zarazków.
- Od zarazków się nie umiera, Joseph. - młodszy rzucił mu pogardliwe spojrzenie - A bynajmniej nie od razu. - dodał po chwili.
- Mhm. - mruknął młodszy znów spoglądając w górę. Nagle zbliżył się do starszego układając głowę na jego ramieniu i uniósł dłoń w górę, palcem wskazując na wybraną konstelacje - Hej, widzisz? To skorpion. - powiedział wskazując kolejno na kilkanaście, wyraźnie wyróżniających się gwiazd.
- Meh, równie dobrze mogę powiedzieć, że tam jest koziorożec. - wskazał na przypadkowe zbiór gwiazd, których tej nocy były naprawdę wiele.
- To nie ta pora na koziorożca. - westchnął ze zmarnowaniem następnie delikatnie kładąc swoją dłoń na udzie starszego.
- Za to widzę, że ty się na tym znasz.
- Chyba tak mogę powiedzieć. - spuścił wzrok kontynuując - Gdy byłem mały, razem z babcią zawsze siedzieliśmy w jej domu na tarasie i wszystko mi pokazywała. Dosłownie wszystko. Czy były to gwiazdy, czy wspaniałe widoki... nauczyła mnie też koreańskiego. Kiedy się przeprowadziłem, nie znałem ani słowa. Wiesz, byłem dzieckiem więc powinienem był szybko opanować język, jednak miałem z tym naprawdę duży problem. I tak naprawdę nadal mam. Gdy zacząłem studia, poznałem kogoś. Kogoś, kto podobnie jak ja uwielbiał patrzeć w gwiazdy. Kompletnie się na tym nie znał, ale podobnie jak mnie, zawsze go to uspokajało. Cały czas o nim myślę, choć nawet nie pamiętam jego imienia i twarzy. Brakuje mi go, tak samo jak brakuje mi wspólnego trzymania za rękę, czyichś ciepłych ramion i czułości... - chłodny powiew wiatru znów ogarnął jego skórę, na co Joseph mimowolnie skulił się zaciskając dłoń na nodze starszego - Naprawdę... nienawidzę tego świata. - dodał ze smutnym uśmiechem.


< Ethan? >

16 sierpnia 2017

Od Gabriell'a CD Oliver'a

Hee? Co tu się tak właściwie dzieje? Akcja toczy się tak szybko, że nawet nie zdążyłem dobrze przeanalizować całej sytuacji. Wydawało mi się dziwne, że ten chłopak tak po prostu do nas podszedł po otrzymaniu informacji, że nie jesteśmy ugryzieni. Równie dobrze moglibyśmy to ukryć, a i tak by się nie zorientował i potem połowa jego małego drzewka genealogicznego w obozie poszłaby się je*ać. Tak już bywa kiedy masz do czynienia z idiotami i nawet własnego brata uważasz za takiego flaczka, ale no cóż zrobisz. Nie no.... bardzo go kocham, ale nie wiem dlaczego tak naiwnie wierzy, ze ludzie są dobrzy i NA PEWNO każdy chce mu pomóc przetrwać. Szliśmy spokojnym krokiem do ich.. siedziby? Chyba tak to można nazwać. Pozostała cześć zespołu nie była specjalnie rozmowna, a ich zimne spojrzenia zdecydowanie nie informowały o tym, że są to pozytywnie nastawione do życia kucyki pony. Jeden różowy, a drugi fioletowy z brokatem. Chociaż nie... inaczej! Dokładnie przyjrzałem się najpierw tej "niby" piękniejszej części załogi czyli Avie. Przedstawiła się sztywno co świadczyć mogło o jej nieciekawych przeżyciach i równie beznadziejnym, ponurym charakterze. Włosy miała platynowe... o tak to bardzo dobre określenie. Ich kolor jednak był tak tępy, że nawet kiedy padało na nie światło dawały zimny odblask. To co najbardziej zwracało na siebie uwagę w jej wyglądzie to zdecydowanie oczy w kolorze morskiej wody i to tak czystej, że nawet ja, człowiek bez serca by się w nich utopił. Dobra koniec tych rozważań na temat jej wyglądu - w każdym razie różowy do niej nie pasuje, więc skoro już ma te błękitne oczy to niech będzie błękitnym kucykiem. O tak, to zdecydowanie dobre połączenie. Błękitny kucyk i jego towarzysz : przerośnięty Pompon o nazwie Conor.

- Gabriell, słuchasz mnie? - wyrwany z intensywnych zamyśleń przechyliłem głowę w stronę Olivera, który tym czasem wręczał mi jakaś czarną opaskę z nadrukowanym białym krukiem. - Nie odpływaj, bo potem nie będziesz wiedział gdzie co jest.

- Ej Oliś... - złapałem go za ramię i przyciągnąłem do siebie tak, by nastawił swoje uszko - Obiecałeś mi piękne kobiety, a ja tu widzę co najmniej jednego kucyka, jednego przerośniętego tytana i...

- Twój lider, od dzisiaj. - poprawił mnie wcześniej poznany... Evan? Tak, chyba tak. Ah ten alzheimer do imion. - Zawsze mogę odciąć ci język i rzucić na pożarcie tym sztywniakom. Na pewno nie pogardzą. - powiedział prosto z mostu. To chyba miało mnie przestraszyć, aczkolwiek średnio mu wyszło. Jeszcze nie wie z jakimi bliźniakami ma do czynienia...

-Nawet jeśli mi język odetniesz to ci będę pisał wierszyki fiutem na ścianie. - odwarknąłem jeszcze całkowicie normalnie. Moje zgryźliwe komentarze nie były niczym nowym więc Oliver po prostu to olał, a nasza droga Pani chyba się lekko zirytowała sądząc po jej ściągniętych brwiach. Byli chyba w bliskich relacjach, albo ta lalunia czuła do niego mięte. Chociaż może po prostu ze sobą sypiają, nie byłoby w tym przecież nic dziwnego, chłopak ma swoje potrzeby.

- Evan, jak chcesz to ja go bardzo chętnie nauczę pokory... - zmierzyła mnie swym zimnym spojrzeniem, na co ja odpowiedziałem tylko dostojnym, bezceremonialnym... "Pfff".

- Ja bym się bał, że zrobi ci krzywdę. On jest jak głodna pirania... - mruknął Oliver siadając sobie gdzieś z boczku i uważnie obserwując sytuację. Miałem ochotę dalej prowadzić z nią ten bezsensowny dialog, który i tak by przegrała, ale gdybym miał zamiar kłócić się z kobieta to chyba życia by mi nie starczyło. Przez chwilę wyłączyłem się z rozmowy, bo moja nowa koleżanka (czytajcie: niebieski kucyk) zajęła się chwilę Oliverem i pouczaniem jego osoby. Bardzo chętnie bym się już stąd zmył, ale jak na złość ten ogromny Pompon zaszedł mnie od tyłu, pociągnął za kaptur przez co ja automatycznie cofnąłem się o dwa kroki do tyłu no i potem standardowo założył mi go na łeb tak mocno bym nic nie widział.

- Gabryś, ja bym na twoim miejscu nie podskakiwał do Evan'a - puścił mnie i jednocześnie zmusił do spojrzenia w jego stronę. Zamorduję gnidę..

- Powiedz do mnie tak jeszcze raz, a cie wykastruje... - prychnąłem poprawiając grzecznie kaptur


> Pompon? Znaczy... Conor? <

Od Avy CD Conor'a

Poszedł tak szybko, zanim cokolwiek udało mi się powiedzieć. Apetytu nie miałam, położyłam się i przewróciłam na bok w stronę okna. Patrzyłam tam i bawiłam się nożem. No może trochę to niebezpieczne, ale mimo to, lepsze niż sen albo jedzenie. Po dłuższym czasie położyłam się na plecach i tak leżałam patrząc w sufit. Liczyłam plamy na suficie..
- 125,126,127... nudne zajęcie. Może pójdę pozwiedzać szpital, cały. W sumie racja. - wstałam odświeżam się, ubrałam, wzięłam bronie, kilka noży, dodatkowe magazynki oraz miecz. Wyszłam z pokoju i poszłam w prawo. Po drodze patrzyłam na, każde drzwi czy też zakręty. Była kostnica, stare laboratorium, pokoje, sale operacyjne. Trochę tak creepy. Zapuściłam się o wiele głębiej niż to było przewidziane. Byłam w każdym pomieszczeniu, sprawdzając, czy jest bezpiecznie. Broń miałam blisko, światło było, choć tak samemu łazić jest ciężko i nudno. Cóż jak już się tego zadania podjęłam trzeba skorzystać.

Kilka godzin później

Siedziałam i stawiałam sobie pasjansa, czekając na kolegów do grania. Nudziłam się, ale mimo to siedziałam i czekałam. Nikt się nie zjawił, wstałam z wygodnego krzesła i wyszłam. Żywej duszy nie spotkałam. Conor’a, nawet nie widziałam. Trochę to dziwne, skoro są tu ludzie, to gdzie się wszyscy podziali. Nikt nie przyszedł zagrać, może mają jakąś naradę czy coś. Poszłam po schodach na dach. Weszłam i siadam na krawędzi, chciałam przemyśleć skąd się biorą te myśli. Było pusto, gdzieniegdzie słychać było stęki, choć to może nie należą do zombie.
***
Na dachu byłam długo, siedziałam na nim, leżałam, chodziłam po krawędzi. Szukałam sobie zajęcia, aby jakieś mieć w końcu. Znalazłam, zaczęłam rysować nożem po dachu. Gdy byłam w połowie, zeszłam z budynku i poszłam na tyły. Znalazłam jakieś postacie zombie mogłam je zabić.
- W sumie to mogę pobiegać albo potrenować, no Ava Ava gadanie do siebie to jest już chore. - poszłam pobiegać do w bliżej nieokreślonym kierunku.
***
Wróciłam koło 5 rano, akurat jak wchodziłam to piłam jakiś znaleziony alkohol po drodze. Wpadłam na Conor’a lekko wstawiona.
- Hejka.
- Hej, gdzie byłaś cała noc. - pytanie czy stwierdzenie
- Biegałam, piłam, chodziłam sobie. Niedaleko jest plac zabaw, może pójdziemy tam. - napiłam się
- Może innym razem i w dzień, starczy ci picia już. - Czyżby wielki i potężny Conor się bał. - wzięłam go za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia.
Śmiał się, ale poszedł.
Kwadrans zajęło nam dojście do placu, było puste. Poszłam od razu na huśtawkę.
- Dawno się nie huśtałam. - bujałam się wyżej i wyżej, po czym zeskoczyłam i wylądowałam ładnie na nogach. Podeszłam do Conor’a, był na karazueli. Dołączyłam się do niego. Byłam laleczką do ułożenia, aby nią kręcić. Nie przeszkadzało mi to.
Nuciłam piosenkę, jedną z wielu.
***
Siedziałam na zamku i piłam. - Conor to, co powiesz, w ten poranek. - no słońce już wstawało. Wystukiwałam rytm. - ogólnie to fajnie, że tu ze mną siedzisz, bo tak samemu to byłoby nudnawo. - uśmiechnęłam się.

Conor?

15 sierpnia 2017

Od Conor'a CD Avy

Rankiem wstałem zmęczony i obolały, ciężko by było, żebym czuł się inaczej po całonocnym przewracaniu się z boku na bok. Od zawsze chyba miałem tak w nieznanych sobie miejscach. Ale mimo to wstałem tuż po pierwszych promieniach słońca. Szybko się ogarnąłem, na tyle ile mogłem, bo dopiero teraz zauważyłem, że zostawiłem swój plecak u Avy. No nic, trzeba będzie się pofatygować po swoje rzeczy. Ruszyłem prosto do dziewczyny, nadal nie wiem co/kto gdzie jest, ale mam nadziej, że moja pamięć mnie łaskawie nie zawiedzie. Nie, nie, nie, tu chyba też nie... Idąc wolnym krokiem rozglądałem się na boki, w nadziei, że zauważę jakiś znajomy element. Mijającą kolejne niczym nie wyróżniające się drzwi zatrzymałem się, po czy zrobiłem kilka kroków w tył. To chyba tutaj. Bez większego namysłu zapukałem. Jedyną odpowiedzią była cisza. Zastukałem kostkami o powierzchnię drzwi raz jeszcze z tą samą reakcją. Może śpi... A może to nie tutaj. Już prawie odchodząc słyszałem stłumiony krzyk. Przyłożyłem ucho do drzwi, do których chwilę wcześniej pukałem. Tak, krzyk definitywnie dobiega zza nich. Położyłem dłoń na klamce i z lekkim oporem nacisnąłem ją. Otworzyły się. Popchnąłem je i wszedłem ostrożnie. Dźwięk narastał wraz z moim zbliżaniem się do następnych drzwi. Postąpiłem z nimi tak jak z poprzednimi. Zajrzałem do środka i moim oczom ukazała się leżącą na łóżku dziewczyna. Podszedłem do niej szybko, Ava.
- Wszystko okej? - brak odpowiedzi. - Obudź się -potrząsnąłem nią lekko.
Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na mnie takim wystraszono-zdziwionym wzrokiem.
- Słyszałem jak krzyczałaś, więc wszedłem. Wszystko w porządku? - pozwoliłem sobie usiąść obok niej na łóżku.
Jej spięta pozycja momentalnie zmieniła się na bardziej rozluźnioną, tak samo zmieniło się jej spojrzenie.
- Opowiedz mi o bliznach - powiedziała tak jakby nic się nie stało.
Przytkało mnie.
- Aż tak Cię to interesuje? - w odpowiedzi pokiwała twierdząco głową.
- Nie odpuścisz? - pokiwała przecząco głową.
Chyba nie ma wyjścia, spokoju mi pewnie nie da jak nie powiem czegoś..
- Niech Ci będzie -westchnąłem i spojrzałem na swoje dłonie. - Część jest przez moją głupotę, część z nich załatwiłem sobie jeszcze za dzieciaka w bójkach - Kto by pomyślał, że celując w szczękę przeciwnika, można rozciąć sobie dłoń jego zębami? Na pewno nie ja kilka lat temu. - Sporo z nich jest pamiątką po wypchnięciu z okna przez znajomych- kontynuowałem. - I to chyba tyle. Cała historia w bardzo dużym skrócie.
Nastała cisza, która szybko została przerwana przez cudowne burczenie, mój żołądek zdecydowanie domagał się jakiegoś jedzenia.
- Sory - uśmiechnąłem się lekko zakłopotany. - Będę się już zbierał - wstałem i złapałem za zostawiony wczoraj przeze mnie plecak. - Od przedwczoraj nic nie jadłem, a Ty pewnie też chcesz mieć trochę czasu dla siebie - nie dając dojść dziewczynie do słowa, wstałem i skierowałem się do drzwi.


<Ava? >

Od Oliver'a CD Evan'a

Nie pamiętam już od jak dawna szliśmy, jak wielki dystans przebyliśmy ani nawet czy nie zataczamy jedynie wielkiego koła, by koniec końców powrócić w to samo miejsce. Świat krztusił się śmiercią, skryty pod grubymi warstwami kurzu miał bardzo nikłe szanse na ponowne odrodzenie. Wciągnąłem w płuca brudne powietrze i założyłem ręce za głowę usiłując tym samym rozluźnić spięte od dłuższego czasu mięśnie ramion. Zgliszcza budynków wyrastały przed nami niczym grzyby po obfitym deszczu, a młode drzewa tworzące niewielki las niestrudzenie przedzierały się przez kolejne warstwy upadłego miasta. Od dawna przywykłem do takich widoków: czerwieni i czerni będącymi najczęściej spotykanymi barwami w świecie, w którym rządzi śmierć oraz przemoc.
- Do dupy z taką wyprawą! – odezwał się niezadowolony Gabriell, z wyraźną złością kopiąc puszkę leżącą na ziemi – Idziemy już przynajmniej z dwa dni i nadal niczego nie znaleźliśmy, Sherlocku. A obiecałeś mi wino, kobiety i śpiew. – Upomniał się, a ja jedynie przewróciłem oczami na zgryźliwe uwagi. Już dawno temu przestało mi to przeszkadzać, po prostu nauczyłem się nie słuchać.
- Uspokój się, Primadonno. Wkrótce dotrzemy w jakie dobre miejsce i będziesz miał swoje obiecane skarby, chociaż co do kobiet to niczego nie gwarantuje. – rzuciłem od niechcenia i ruszyłem nieco do przodu, ponieważ zbędna gadanina rozpraszała mnie co uniemożliwiało usłyszenie nawet własnych kroków. Bose stopy skutecznie tłumiły hałasy, czego nie mogłem powiedzieć o zawsze cudem czystych tenisówkach brata: ich twarda, sztywna podeszwa wydawała głuchy dźwięk, jednak odpuściłem sobie zwracanie uwagi po raz tysięczny.
Nagle przystanąłem i czym prędzej zamknąłem jadaczkę Gabriellowi, który swoją drogą zaczął już swój monolog na temat bliżej mi nieznany. Zanim zdążył obrzucić mnie pełnym wyrzutów spojrzeniem, odwróciłem jego głowę w przód i wskazałem palcem przed siebie. Pośród szkieletów drzew leżały czarne liście – kruki. Obok jednego z nich stała tajemnicza postać znajdująca się niedaleko ruin starego budynku, jaki później zauważyłem, szpitala. Przywarliśmy bokiem do jednego ze ścian starej ciężarówki z wielkim, czerwonym krzyżem wymalowanym na środku przyczepy. Nieznajomy począł się zbliżać, a ostrze niewielkiego noża połyskiwało w jego dłoni. Zmarszczyłem brwi i instynktownie sięgnąłem po swój własny, tak na wszelki wypadek.
- Jesteście ugryzieni bądź zadrapani? – zapytał nas na dzień dobry łagodny, aczkolwiek silny, zdecydowany głos mężczyzny stojącego zaledwie kilkanaście metrów od nas.
- Nie. – odparłem krótko – Przechodziliśmy tędy w poszukiwaniu schronienia.
- Hee? Co to za kurdupel? – wypalił nagle Gabriell, bez cienia strachu podbiegając do nieznajomego i uśmiechnął się do niego szeroko, jakby był starym dobrym znajomym spotkanym po latach.
- Ja pierdole... – westchnął szatyn, chowając twarz w dłoniach – Radzę wam na przyszłość mnie tak nie nazywać. Kim jesteście?
- Nazywam się Oliver, a to mój bliźniak Gabriell. Wyruszyliśmy w dalszą wyprawę w celu poszukiwania jedzenia, ale w ostateczności trafiliśmy na Ciebie.
- Hmm.. – nieznajomy podrapał się po brodzie w zamyśleniu – Mówcie mi Evan, tak mam na imię. Mieliście szczęście, mam ze sobą jeszcze dwójkę innych ludzi.
Nie wiem czy Evan był naiwny czy po prostu na tyle mądry, by zorientować się, iż nie stanowimy zagrożenia dla jego obozu. Bez słowa podążyliśmy za nim, gdzie czekała na nas dwójka pozostałych ocalałych – młoda kobieta oraz mężczyzna z chustą przykrywającą połowę twarzy.

< Gabriell? >

Drużyna kruków | Gabriell i Oliver Blue

"Jeśli się wyróżniasz, jesteś znienawidzony przez innych..."
"To nie trupów musisz się obawiać... ale żywych"
Gabriell⇇   ⇉Oliver


14 sierpnia 2017

Od Evan'a CD Avy

Kiedy wróciłem dziewczyna spała na sofie. Zastanowiłem się chwilę co z nią zrobić, aż w końcu sięgnąłem stary kocyk z szafy i nakryłem ją nim. Przewróciła się na drugi bok zaciągając na twarz materiał. Taka robota nie jest dla kogoś, kto tylko ugania się za zombie. Obowiązki lidera potrafią być przytłaczające, ale czasem udaje się znaleźć wolną chwilę na złapanie oddechu. Zapaliłem lampkę na biurku i zabrałem się za robotę. Powinienem do pierwszej skończyć… Podparłem dłonią brodę i zacząłem przeglądać papiery. Większość była sprawozdaniami z wypraw do stref zagrożonych, nie tylko z drużyny kruków. Ci, którym udało się przetrwać pisali o pomoc, o schronienie, ale trudno było uwierzyć osobie, która poskradała zmysły. Westchnąłem cicho.
Nie wiem kiedy, ale wygląda na to, że przysnąłem. We śnie czułem się jak w realnym życiu, z małym detalem… Byłem jak okruszek, malutki człowieczek na biurku pośród ogromnych stosów papierów. Spoglądając w górę miałem wrażenie, że nie mają one końca. Nagle „ziemia” pod nogami zadrgała, dla mnie było to jak trzęsienie. Straciłem równowagę i upadłem na kolana. Podtrzymując się rękoma podłoża rozejrzałem się na boki. Stosy… Niebezpiecznie chwiały się… Zaraz spadną… Przygniotą mnie… Czułem jakby serce miało mi wyskoczyć z piersi, słyszałem je wyraźnie, zbyt wyraźnie. Nierówny oddech sprawił, że zakręciło mi się w głowie. Złapałem się za bluzkę próbując się uspokoić, ale co mi po tym, jeżeli za chwilę zginę. Odepchnąłem się rękoma i usiadłem. Kartki powoli spadały. Patrzałem jak powolnie opadały, koniec jest tak bliski, a jednak tak daleki… Zamknąłem oczy oczekując na śmierć.
Otworzyłem sine oczy. Na mojej głowie było pełno kartek, karteczek i karteluszek. Podniosłem głowę. Auć. Niesamowity ból przeszył moją szyję. Pomasowałem obolałe miejsce przysięgając sobie, że już nigdy nie zasnę na biurku. Tamten sen był tragiczny… Wolę zginąć od zombie, niżeli być przygniecionym przez papiery. Wstałem, jednocześnie zrzucając wszystko na ziemię, po czym wyszedłem na dwór nabrać świeżego powietrza. Wygląda na to, że dopiero świta. Stwierdziłem nie widząc nigdzie słońca tylko różnokolorowe niebo. Podrapałem się po brodzie. Kiedy miałem odejść moje oczy zauważyły dwie postacie, niedaleko zniszczonego tira. Przez padający na nie cień nie potrafiłem stwierdzić czy to wróg czy przyjaciel, więc byłem gotowy na taktyczną ucieczkę.


<Nieznajomki?>

Event zakończony!

Nasz pierwszy event dobiegł końca. Nie był on jakoś specjalnie ciekawy, ale też i niewymagający. Dziękuję tym, którzy wzięli w nim udział. W tym wydarzeniu nagrodą była tylko pochwała, niezbyt zachęcające, prawda? Trudno było mi wymyślić cokolwiek innego, aczkolwiek w tej tematyce coś w rodzaju sklepu jest bezużyteczne. Sam pomysł do mnie nie przemawia. W następnym evencie postaram się wymyślić coś lepszego, coś dzięki czemu być może wszyscy wezmą udział. Nie oczekujcie jednak zbyt wiele, nie należę do kreatywnych osób... Czasem mam przebłyski pomysłów i staram się je jak najlepiej zrealizować, ale nie zawsze wychodzi to po mojej myśli. 
Nigdy nie odtrącam pomocnej dłoni, a więc jeżeli macie coś ciekawego w zanadrzu napiszcie to pod tym postem, chętnie przeczytam i być może wcielę je w życie ^^

Napisane opowiadania:

Ethan
Conor
Ayako

Obserwatorzy